Wieści z Nikaragui

Długo, długo nic.

Ano witajcie po długiej przerwie. J23 się zaciął i nie nadawał :) Wspominałem już na fejsbookowym profilu, że po Gwatemali dopadło mnie nieco zmęczenie i właśnie na pisanie, obrabianie zdjęć zabrakło trochę energii – poświęcałem ją na pedałowanie i doświadczanie, dawałem drodze na mnie oddziaływać, przenikać moje istnienie – nie definiując tych przeżyć, nie ubierając tego wszystkiego w jakąś interpretację, nie zamykając ich w bądź co bądź zawsze trochę ograniczonych ramach werbalnego wyrazu w postacji języka.

Wedle bloga dotarłem dopiero co do Gwatemali, na profilu fejsbookowym jestem gdzieś w Hondurasie, a w rzeczywistości siedzę sobię teraz na werandzie drewnianego domu, stylem przpominającego saloony z amerykańskich westernów. Lecz nie przetransportowałem się do Stanów Zjednoczonych – to Nikaragua, miejscowość La Boquita. Jest prosto, niekoniecznie czysto, ale bardzo przyjemnie. Drzewa rosnące przy domu dają mi cień, chroniąc przed morderczym upałem. Do tego morska bryza uprzyjemnia obcowanie na werandzie. Przez gęstwinę drzew przedziera się biel wzbubrzonego Pacyfiku. Po kilku kąpielach wśród tych dużych fal już rozumiem dlaczego Pacyfik przyciąga tylu surferów. Nikaragua jest chyba najtańszym krajem w Ameryce Centralnej, gdzie można rozpocząć swoją przygodę z deską. Na północ i południe od La Bonquita mnóstwo turystycznych ośrodków, gdzie możesz opuścić Internet i posurfować w bardziej analogowy sposób ;)

Tutaj jest jednak przyjemnie pusto. Zupełnie nie widać turystów. Lokalni mówią, że na weekend zjeżdża się trochę ludzi, a w tygodniu tak właśnie przyjemnie spokojnie. Inaczej niż w Leon, w którym spędziłem kilka dni na odpoczynek – na ulicach i w hostelach roi się od backpackerów. Nie zrozumcie mnie źle – fajnie jest poznawać nowych ludzi, ale w moim stylu podróżowania wizyta w hostelu, to czas na odpoczynek, a dla wielu innych – główna atrakcja sama w sobie. O ile w Meksyku mnóstwo czasu spędzałem z ludźmi, tak teraz cieszę się tymi chwilami, gdzie mogę być sam. Ma na to wpływ oczwiście ilość czasu, gdy jesteś otoczony ludźmi. Wiecie, dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak to czasem dobrze zamknąć się w czterech ścianach i po prostu odpocząć troszkę od innych ludzi, nabrać głodu kontaktu międzyludzkiego, by potem wyjść i się nim cieszyć. Uświadomiłem sobie, że pedałując cały dzień jesteś z ludźmi. Oczywiście jako rowerzysta wzbuzasz ciekawość. Jest to oczywiście miłe, ale po jakimś czasie może być nawet denerwujące, po raz tysięczny odpowiadać na te same pytania, albo reagować jakoś na zaskoczenie, że na rowerze, że tak daleko od domu, że z Meksyku. Czasem rozbijasz namiot i myślisz, że wokół nikogo, a ktoś wyłania się z krzaczorów, i tak siedzi z Tobą godzinę, dwie, nie mając poczucia, że może chciałbyś odpocząć. Ale nie ma co w końcu ludziom zarzucać otwartości (raczej dokładnie odwrotnie), tym bardziej, że – jak już wspominałem – tutaj coś takiego jak sfera prywatna raczej nie istnieje.

Wyjeżdżając z Gwatemali pierwszy raz dostrzegłem, że ludzie zaczynają mnie czasem drażnić. Duży wpływ na to miał czterdziestostopniowy upał, no i setki podjazdów w górach Gwatemali. Postanowiłem więc, że potrzebuję kilka dni odpoczynku.

Dotarłem do Copan Ruinas w Hondurasie, zwiedziłem tamtejsze ważne i piękne ruiny Majów – ostatnie już na mojej trasie, gdyż ten właśnie obszar stanowi granicę kultury Majów. Zatrzymałem się na kilka dni w hostelu, spędziłem czas oglądając filmy, czytając, nic nie robiąc, chowając się w swojej kwaterze, gdyż 50-stopniowy upał skutecznie uniemożliwiał jakiekolwiek aktywności na zewnątrz. Na szczęście w hostelu nie było nikogo :) Jednak inny fakt, troszkę mnie początkowo zniechęcił – stwierdziłem, że oprócz odpoczynku chcę pedałować znowu w poziomie, by po jakimś czasie naturalnie zatęsknić do gór, a nie mieć ich już dosyć. Poszperałem w Internecie i czyatam: „większą część powierzchni Hondurasu stanowią góry…“… – no pięknie, pomyślałem sobie… ale po 3-4 dniach ruszyłem w końcu i jak się okazało, rzeczywistość okazała się nader łaskawa, bo tych gór wcale tak dużo nie było – wspiąłem się wprawdzie ze 100 metrów na 1600, ale podjazdy były dość przyjemne – drogi dobrej jakości, z małym spadkiem itd. Na początku mojego pedałowania w Hondurasie przemierzałem niziny – było gorąco, ale za to pyszne ananasy, mango, niezlicznona ilość najróżniejszych rodzajów bananów uprzyjemniały czas. No i rzeki, dzięki którym ciężko byłoby przetrwać te upały. Gdy przejeżdżałem nad jakąś, zbiegałem na dół, rzucałem się na 5 minut w wodę. Ciepłą, gdyż od tych upałów nawet woda w rzece jest dość ciepła. No i wokół mnóstwo źródeł termalnych – ale kto przy 50 stopniach chciałby jeszcze dogrzewać się w gorącej wodzie? :) Choć pewnego razu przy drodze ze skały wypływało takie właśnie źródło, z bardzo dużym ciśnieniem. Stałem tak sobie w tym strumieniu z pięć minut i taki gorący prysznic był dość przyjemny, tym bardziej, że później fajnie się jedzie, gdy mokre ciuchy owiewa wiatr – nawet jeśli jest bardzo ciepły, nawet jeśli czuć w nim zapach tego upału. Po 30 minutach wszystko jest suche, więc wypatrujemy następnej rzeki :)

Będąc jeszcze w Copan ruinas, zmęczony drogą, otwieram mój profil na Couchsurfingu, a tam wiadomość od pewnego Jorge z miejscowości Zambrano w Hondurasie: „Cześć Konrad, jak będziesz w Hondurasie, to przyjedź do mnie i odpocznij trochę. Ucieszyłbym się bardzo, mogąc Cię poznać“.

Czasem zadziwiają mnie takie momenty w życiu, gdzie właśnie czegoś potrzebujesz, a rzeczywistość o tak Ci to po prostu daje :) Stąd dochodzę cały czas na nowo do wniosku, że nie warto się za bardzo czymkolwiek przejmować, gdyż jeśli nie chcesz czegoś wymuszać, nadmiernie się czymś nie martwisz, to to po prostu do Ciebie przychodzi :) Jako, że dróg w Hondurasie nad Morzem Karaibskim niewiele, a do tego potem i tak trzeba wrócić do centrum Hondurasu, chcąc jechać w kierunku Nikaragui, postanowiłem, że pojadę do Jorge odpocząć na kilka dni i potem przekroczę granicę blisko Pacyfiku, by pedałować po płaskim, a do tego stęskniłem się do owoców morza, no i jego orzeźwiających wód. Choć tak naprawdę nie znałem jeszcze wód Pacyfiku. To miał być mój pierwszy raz ;) I tak naprawdę, to jest włąśnie teraz. I jak jest? Czuć moc Neptuna. Ciemne wody Pacyfiku zwijają się w olbrzymich falach. Taka zabawa, że dajesz się ponieść falom, albo po prostu się im sprzeciwiasz i czujesz na sobie moc tego żywiołu, przynosi dużo radości, no i ochłodzenia :) Do tego owoce morza…wczoraj zjadłem przepyszne krewetki w sosie czosnkowym składającym się z, no oczywiście, czosnku, śmietany i masła…. Dziś postanowiłem, że po raz pierwszy spróbuję langosty (a jak to po polskiemu? ;) – ano tak, homar! ). Jest to zawsze najdroższa pozycja na karcie dań, tyle, że tutaj kosztuje to około 10 euro, a w Europie pewnie około 30-40 :) W Kostaryce nie mam co liczyć na małe ceny, bardziej już w Panamie, chociaż Nikaragua jest chyba ostatnim tak tanim krajem, jaki przyjdzie mi przemierzać.

Tym bardziej, mili Państwo, że myślę nad tym, by tę przygodę zakończyć na Ameryce Centralnej, zgłodnieć porządnie i za rok całkowicie otwarty i z pełną fascynacją zabrać się za Amerykę Południową. Ostateczna decyzja jeszcze nie padła, ale czuję, że mnóstwo treści we mnie, którą potrzebuję najpierw wewnętrznie przemielić, przerobić, by zrobić miejsce na nowe doznania w innych rzeczywistościach. W końcu nie chodzi w podróżowaniu o to, by zrobić jak najwięcej kilomterów, czy odwiedzić, jak najwięcej krajów. Bo można podróżować, porzejechać pół świata, ale być nań zamkniętym i tak naprawdę równie dobrze, moglibyśmy wówczas zostać w domu. A czasem podróż dwadzieścia kilometrów od miejsca zamieszkania może otworzyć w nas samych przestrzenie, które pozwolą nam wewnętrznie rosnąć.

Także mam kilka pomysłów, całkowicie do tzw. codzienności wracać jeszcze nie chcę – chciałbym rozwijać mój hiszpański, a pewne tzw. zbiegi okoliczności rzuciły mi na ścieżce pewnych ludzi, którzy otworzyli mi pewne możliwości. Do tego tęskni mi się do córki, a więc chciałbym jakoś połączyć podróżowanie, zostając na jakiś czas w jednym miejscu i dzielić się z nią tym pięknym światem, pokazać, ile rzeczy kryje się tuż za rogiem, jak wiele małych światów z bogactwem ich barw zawiera w sobie najmniejszy nawet skrawek rzeczywistości.

No, ale wracajmy do Hondurasu. Zambrano leży na wysokości 1600 m n.p.m stąd też z nizin wypełnionych plantacjami bananów, trzciny cukrowej przyszedł czas na wdrapanie się do Jorge. Poszło gładko i tak potem zatrzymałem się na kilka dni u Jorge, w jego luksusowym domu, który służy też jako hotel. Niewielu jednak się w nim zatrzymuje, stąd też Jorge stwierdził, że skoro nie może zarabiać, to po co ten dom ma stać pusty, jak może kogoś do siebie zaprosić, by spędzić wspólny czas i podzielić się tym co ma. Otwartość Jorge od początku mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła i cieszę się, że są na świecie ludki, którzy wychodzą z podobnego przeświadczenia, że to otwartość i przyjacielskość jest normą, a nie nieufność. Jorge napisał w swoim profilu, że obcy człowiek, to niepoznany jeszcze przyjaciel…bardzo mi się to wyrażenie spodobało. Dla kontrastu spójrzmy na to, czego uczy się u nas dzieci? Nie ufaj obcym…

Z bardzo otwarym i ciepłym Jorge, który zdecydował się, że będzie żył samotnie, spędziłem bardzo przyjemny czas – świetny kucharz z niego, więc mnóstwo czasu spędzaliśmy w kuchni na przygotowywaniu przepysznych potraw i cieszeniu się nimi przy lampce wina. Jorge również dużo podróżuje, studiował w Europie, zjeździł Amerykę Południową. Zawsze przywozi dużo pamiątek ze sobą – np. lokalny alkohol, książki albo przyprawy do gotowania, ale też sztukę. Stąd te 15-pokoi jego domu-hotelu jest gustownie przez niego udekorowana tymi pamiątkami. Ciekawie było doświadczyć tego, że Jorge te rzeczy cieszą, ale w taki pozytywny sposób – widać, że nie jest on do nich przywiązany wewnętrznym łańcuchem. Na korytarzu, na przeciw drzwi mojego pokoju widniał plakat z obrazem „damy z łasiczką“, a pod spodem podpis – Muzeum Czartoryskich. Jorge posiada również kolekcję polskich orłów z naszego godła :)

Po kilku dniach czułem, że chcę wyjechać – potrzebowałem pobyć trochę sam. Udałem się więc w kierunku stolicy, miałem małe problemy ze szprychami w tylnym kole. Pękały jedna po drugiej. Miałem zatrzymać się w stolicy, ale zjechałem z gór i dojechałem do Choculteca – największej miejscowości na południu Hondurasu, tuż przy granicy z Hondurasem. Zatrzymałem się tam na noc, pan w warsztacie naprawił koło, zainstalował również nowy, zapasowy łańcuch, który kupiłem jeszcze w San Cristobal, w Meksyku. Cieszyłem się, że tak tanio i popedałowałem do Nikaragui.

Przekraczanie granicy w miarę bez problemu, choć na wielką uprzejmość na ma co liczyć, ale to norma i jako polski obywatel w końcu jestem do takiego traktowania w stylu „Nie przekszadzaj mi, piję kawę“ przyzwyczajony ;) Do tego celnik orżnął mnie trochę na kursie lempirów(waluta Hondurasu) i cordoby (waluta Nikaragui). No, ale po co się przejmować, skoro nie można tego zmienić?

Wracamy do tanio zainstalowanego łańcucha….pierwszy raz nowiutki łańcuch pękł po wkroczeniu do Nikaragui. Po prostu został źle zamknięty. Obok był warsztat, więc majster zamknął mi go jeszcze raz. Następnego poranka, po przyjemnym noclegu nad rzeką, wyjeżdżam z rzecznej doliny na główną drogę – trzask – rozpiął się jeszcze raz. Wziąłem więc stary łańcuch – na szczęście majster w Hondurasie rozpiął łąńcuch nie w tym miejscu co trzeba i tak mogłem skorzystać z takiego ogniwka łańcucha, które służy również do jego zapinania – taka szybka zapinka :) Zamknąłem łańcuch i do dzisiaj jest spokój :)

Po jutrze z Granady, drugiej obok Leon dość turystycznej miejscowości, mam łódź do San Carlos po drugiej stronie jeziora Lago de Nikaragua. Tam planuję obczaić jakiś kajak żeby pobujać się po rezerwacie przyrody. Organizowane wyprawy są dość drogie, więc postaram się ogarnąć coś na własną rękę. Następnie łódką przekroczę granicę do Kostaryki i tam chcę się pobujać nad Morzem Karaibskim i na północy przekroczyć granicę z Panamą. Tyle co do planów :) A narazie jeszcze czeka mnie Nikaragua rowerem.

I tyle co do treści narazie :) Co do rzeczywistości Gwatemali, Hondurasu i Nikaragui odniosę się pewnego pięknego dnia, a tymczasem tyle z gaworowej rzeczywistości.

Niech moc będzie z Wami!

One comment on “Wieści z Nikaragui

  1. Witaj. :)

    Nazywam się Dominika,

    Przez przypadek wpadłam na Twoją stronkę, co bardzo mnie ucieszyło, bo widzę, ze odwiedziłeś przy okazji Nikaraguę : )

    Gdybyś jeszcze kiedyś miał w planach wizytę tego pięknego kraju serdecznie zapraszam.

    Mieszkam wraz z mężem (Nikaraguańczykiem) już prawie dwa lata i nie mamy zamiaru póki co zmieniać miejsca zamieszkania, tak więc jeszcze raz serdecznie zapraszamy : )

    Mój email: kiki110992@gmail.com

    Pozdrawiam

Leave a Reply to Dominika Cancel reply

Name and email are required. Your email address will not be published.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>