Ukryte światy stacji benzynowej nad rzeką Rio de Ondas

Wreszcie takie miejsce na które czekałem. Zimna, wartko płynąca rzeka, na drugim brzegu gęsty las zbliżony do dżungli – z całym dobrem inwentarza: węże koralowe – ponoć bardzo jadowite, o czym mam nadzieję się nie przekonać; kolorowe papugi – tutaj o żółtym brzuchu i piórach w osobliwym odcieniu zieleni, skrzeczące jak wszędzie; akwariowe rybki w rzeczce, przypominające mi o hobby z czasów dzieciństwa.

Zatrzymałem się tutaj na dodatkowy dzień odpoczynku, bo po prostu jest tak pięknie, że można tutaj fajnie spędzić ten wolny od pedałowania dzień. Poza tym nie wiadomo co, jaka energia mnie tutaj przygnała – jak zwykle zbieg małych okoliczności. W godzinach popołudnowych, zaopatrzony w wodę do picia, warzywa i przyprawy do gotowania, przejechałem pierwsze większe miasto od jakiegoś czasu – Barreiras – i miałem w zamiarze wyjechać za miasto kilkanaście kilometrów, znaleźć jakieś miejsce na namiot (o które tutaj w Brazylii wcale nie tak łatwo), ugotować pożywną kolację – mój główny posiłek dnia. Potem sen, który przychodzi po kilkunastu minutach. Śpię dużo, nawet po 10 godzin. Dlatego, że 100 km w upale absorbuje dużo sił. Dlatego jednak też, że dużo śnię. To jest osobny rozdział, ale ciekawe jest to, że śnię teraz dużo częściej, niż podczas nocy w domu, w wygodnym łóżku.

Często są to sny bardzo abstrakcyjne, pojawiają się w nich osoby, których nie widziałem od dawna, z którymi czasem mało miałem do czynienia w świadomej rzeczywistości. Podświadomość wypluwa różne obrazy, kreuje historie, które ciężko byłoby wymyślić nawet po kilku piwach. A te tutaj, w Brazylii, takie jak w całej Ameryce Łacińskiej – raczej cienkie sikacze, ale skoro jest to tutaj normą, jest to dla Ciebie rzeczywistością, to nazywam to po prostu piwo. Niczym Namysłów, czy Schoeferhofer Weizen. Tak na marginesie, to człowiek często uświadamia sobie, co tak naprawdę lubi, gdy mu tego zabraknie. Śniadania z wyborem różnych serów, wyszukanym chlebem, kolacji z hiszpańskim winem, bądź niemieckim piwem w parku, chocby w Berlinie, czy Lipsku. Ale dlatego też tak się to docenia, bo nie jest codzienne – jest odległe, w tej chwili trudno dostępne.

Mnóstwo wątków przetacza się przez świadomość, nie wiadomo do końca gdzie zacząć. Niby na pierwszy rzut oka dni wyglądają tak samo, a jednak każdego dnia wchodzę w głąb brazylijskiego świata – uczę się, co się je tutaj na śniadanie, odkrywam nowe warzywa i owoce, z których można przyrządzić jakąś smaczną, pożywną kolację. Pedałuję sobie, robiąc teraz dziennie ok. 100 km, gdyż jest dość płasko. Od czasu do czasu trzeba się wspinać na rowerze, by pozostawić za sobą kolejne pasmo gór, a potem kilkadziesiąt lub kilkaset kilometrów znowu płasko. I tak, zagłębiony w strumieniu świadomości, wędruję wśród różnych aspektów rowerowego życia tutaj. Ale może jakoś to wszytko uporządkujmy.

Wróćmy do historii, którą możnaby w jednym zdaniu oddać za pomocą tytułu tego posta. Jestem z 15 km za Barreiras, które leży przy federalnej drodze BR 243, którą od kilku dobrych dni podążam w kierunku zachodnim, by potem odbić na północ, w kierunku stanu Mato Grosso i parku narodowego Pantanal, gdzie ponoć najłatwiej jest doświadczyć spojrzenia jaguara.

Przejeżdżając obok ostatniej stacji benzynowej zanim na dobre opuściłbym rejony miejskie i wjechał w przestrzeń niezlicznonych farm, postanowiłem, że uzupełnię jeszcze butelkę zimną wodą pitną, którą zazwyczaj na stacjach tutaj można uświadczyć. Takie stacje są co 30-40 km i stanowią również miejsca parkingowe dla kierowców tirów. Są też prysznice, można się zatem wykąpać. Wreszcie na stacji można spędzić noc. Dotychczas 2 razy skorzystałem z tej możliwości, ale spanie na stacjach benzynowych ma to do siebie, że jest dużo hałasu, więc teraz wolę raczej rozbić się gdzieś na dziko i rozkoszować się wspomnianymi, barwnymi snami :)

Zajechałem w okolice łazienki, umyłem ręce, zacząłem rozglądać się za taką specjalną lodówką z wodą pitną. Zagaworzył do mnie pracownik stacji, bardzo sympatyczny, czy chcę może wziąć prysznic itd. Oznajmił mi również, że gdyby było to troszkę bliżej Bareirras, to zaprosiłby mnie na noc do domu. Wspomniał też o rzece, która jest nieopodal i że bezproblemowo można się tam dostać. Wypytałem, czy można tam rozbić namiot, czy jest spokojnie itd. Na wszelkie pytania pan odpowiedział twierdząco, więc postanowiłem że rozbiję się nad rzeką. Wjechałem na rozległe tyły stacji, gdzie zaparkowanych było mnóstwo tirów i za chwilę dotarłem do rzeki. Wartkiej, wśród mnóstwa zieleni, zimnej. Szybko znalazłem odpowiednie miejsce na namiot, rozbiłem obóz i podczas kąpieli w rzece poznałem dalszych pracowników pobliskiej stacji, którzy przed wyruszeniem w podróż do domu, postanowili się umyć i ochłodzić w rzece. Kąpiel w rzece, ludzie, to wszystko wokół skłoniło mnie do decyzji, by zabawić nad rzeką jeden dzień dłużej i odpocząć od pedałowania.

Piszę to wszystko w namiocie, jest 11:46, bardzo gorąco, pot spada na touchpada i klawiaturę – muszę zrobić sobie przerwę i wskoczyć do zimnej rzeki. (…i padły 3 klawisze na klawiaturze…)
Skok do wody na główkę, po tym saunowym klimacie w namiocie, cudowne, euforyczne ochłodzenie. Prąd lekko znosi mnie w dół rzeki, walczę z nim płynąc na plecach, robię kółko, rozglądam się dookoła – zielono, palmy, stłumiony przez zatkane wodą uszy, dźwięk robactwa, które czai się na drugim brzegu. Obrót w drugą stronę – dziewczyna robiąca w rzece pranie. Na brzegu nadal siedzą moi dwaj kompani – takie drobne pijaczki – byli tu wczoraj, są i dzisiaj, i pociągają co raz z plastikowej butelki w kształcie granata. Zapewne już nie tej samej co rano. Od czasu do czasu wpadamy w jakąś interakcje, próbując się jakoś porozumieć. Jestem dla nich Poloneise. Czuję się trochę jak ich maskotka, chcą mnie częstować swoim trunkiem, a same ich postacie, jak tak się dzisiaj im przyglądałem, zdają mi się jakby wyciągnięte z kreskówki. Jeden z nich przypomina mi pijaczka z „Przygód Tomka Sawyera“ – Matt bodajże miał na imię, no ten, którego Tom z Huckiem Finnem straszyli w stodole, że tamten kopyrtnął, a oni są duchami :)

I tak po rozbiciu namiotu, kąpieli, poczułem ochotę, by gulnąć sobie piwko i dopełnić tą idyllę. W rzece siedziała kobieta z dwójką chłopców oraz jakiś mężczyzna – myślałem, że to rodzina, ale jak się okazało relacje między tą kobietą, a tym mężczyzną są koleżeńskie. O tym dowiedziałem się jednak później. Spytałem ich o możliwość kupienia piwa tutaj, potwierdzili wersję jednego z pracowników stacji, którego o to wcześniej zapytałem, że nieopodal jest restauracja i można tam się napić piwka – niestety za troszkę wyżsża cenę, ale zawsze. W ogóle piwo jest tu dość drogie. Puszka 330 ml kosztuje mniej więcej tyle, co u nas półlitrowa butelka browara. No, że piwo jest raczej cienkie już wspominałem.

Zaproponowali, bym się napił od nich piwka, ale gdy grzecznie podziękowałem, zaproponowali po chwili, że możemy iść się napić do restauracji nieopodal (restauracji w znaczeniu lokalnym, nie takim, jak sobie to wyobrażacie w europejskiej rzeczywistości).

Poszliśmy. Usiedliśmy przy stoliku, starszy pan, doświadczony już przez życie i zapewne niejedną butelkę cachaci, tutejszej wódki z trzciny cukrowej, podał zamówione piwo i 3 szklaneczki. Piwo w knajpach podaje się tutaj w butelkach, 600ml, które wstawia się do czegoś w rodzaju termosa, by piwo dłużej zachowało temperaturę, w której jest zdatne do picia. Tym bardziej, że normalnie mamy tutaj około 40 stopni Celsjusza. „Jedno piwko, drugie piwko i też trzecie kurde bele“ – jak to śpiewa Kaziu i scenariusz pisała tego dnia rzeczywistość.

Po drugiej butelce domniemany ojciec familii, a tak naprawdę kolega brazylijki z dwójką dzieci, zaczczął nieco prowokować pewne sytuacje między mną a brazylijką, mówiąc, że wprawdzie ona dużo pije, ale jest kobietą o pikantnym temperamencie. Ma dwójkę dzieci, jeden syn żyje z ojcem 100 km dalej, drugi – ten mniejszy – z nią, w Barreiras, nieopodal. Po trzeciej butelce, insynuacje przybrały dość wyraźną formę – jeśli nie rozumiałem portugalskiego, gesty owego pana jasno mi dawały do zrozumienia, że brazylijka na mnie leci i może sie to skończyć tylko jednym. W razie co przecież sprzeda dom i pojedzie ze mną. Zawsze to lepsze, niż siedzieć tutaj i pić dalej…a dzieciaki pozostawiać mniej lub bardziej samym sobie – ale to ostatnie dopowiedziałem sobie już sam.
Uderzyło mnie to trochę, mamuśka piła sobie w najlepsze, nie zważając za bardzo na chłopaków. Zagadywałem do tego straszego, chodzi do piątej klasy. Podstawówka ma, tak jak za moich czasów w PL, 8 klas. Początkowo był nieśmiały, jednak z czasem, nabrał do mnie jakiegoś takiego zaufania. Widział, że się nim interesowałem i mogę powiedzieć, że naprawdę mi zaufał, polubił mnie. Potem, zarówno ten starszy, jak i młodszy, podchodzili i częstowali mnie chipsami – wyraźnie częściej niż innych członków libacji. Ale po koleji, do libacji dojdziemy.

Bo narazie siedzimy sobie i gaworzymy przy stole w restauracji, skończyło się na czterech piwach. Dodatkowe trzy wzięli ze sobą i zaprosili mnie do domu na górce, jakieś 100 m od mojego namiotu. Ów panek tam sobie mieszkał – dom należy do stacji benzynowej, a on jest szefem drugiej restauracji, bezpośrednio doń przylegającej. Zatrudniony jest przez miasto i ma doglądać, by wszystko funkcjonowało, by kucharze, kelnerzy i ludzie obsługujący kasę pracowali należycie. Bardzo sympatyczny pan, tak na marginesie, ale prowokator pierwszej miary. Nie to, że agresywny, ale gdy siedząc przy stole palcami wykonuje gesty jasno mówiące o miłosnym zbliżeniu, wskazując głową na siedzącą na przeciwko 40-letnią kobietę, która wszystkiemu się przygląda i uważnie słucha, wypowiadająć słowa w rodzaju: „Niezła, nie?“…no zapomnijmy po prostu o subtelnościach :) Kciuk i palec wskazujący prawej dłoni formują się w dziurkę, palec wskazujący dłoni lewej się w nią wsuwa.

Poszliśmy do domu. Tam, 4-5 innych pracowników stacji rozpracowuje butelkę cachaci i konsumuje pyszne tutaj mięsko opruszone mąką z manioku. Są sympatyczni, otwarci. Przedstawiają się, mówią o sobie, poznajemy się, rozmowy staja się coraz głębsze – wchodzi na przyjaźń i to, że prawdziwych przyjaciół ma się w życiu kilkoro. Reszta to nie amigos, bardziej companieros. Choć amigos używa się tutaj nagminnie. Taki odpowiednik angielskiego friends. Na fejsbooku chociażby. Ale friend friendowi nierówny.
W tle ballady– też o przyjaźni, ale bardziej o miłości. Disco polo tylko że da Brasil. Chłopaki są w porządku, opowiadają mi, na ile da się ze mną konwersować z moim mixem hiszpańskiego z portugalskim, o swoim życiu, skąd są, gdzie dotychczas pracowali itd. Ballady zdają się dodawać im nadziei, niekiedy śpiewają. Cały czas leje się cachaca, kończy się mięso. Ktoś idzie do kuchni w restauracji stacji benzynowej, przynosi więcej. Jest pyszne. Ja popijam piwko, czuję już lekki wicherek, więc odstawiam w końcu. Nieopodal w namiocie cały mój dobytek, rower.

Pani sobie popija, dzieciaki dostają chipsy od chłopaków. Głównym meblem w wystroju domu jest potężny sound system, kilka głośników, disco brasillero. Mieszkają w chacie w czterech, pięciu. Domek służbowy, na tyłach stacji. Wyraźnie mnie akceptują, śmiejemy się, rozumieją co raz bardziej mój hiszpański. Znowu jestem maskotką – Poloneise jedzie do Pantanal-u na rowerze. Pani popija dzielnie, jest już ni źle wstawiona. Dyskutuje żarliwie na tematy, których nie do końca rozumiem – to z jednym, to z drugim. Schodzi na Boga, ona mówi, że Boga nie ma. Chłopak przynoszą mi swoje czipsy. Jeden i drugi oddaje mi swoją na w pół pełną torebkę. Uśmiecham się do nich. Wychodzę na chwilę sprawdzić, czy z namiotem jest wszystko ok – OK. W drodze powrotnej spotykam starszego chłopca. Wyglądał za mną. W międzyczasie Pani zachęciła mnie dokilku całusów. Potem w kuchni oznajmiła mi, że chętnie wciągnęła by ze mną kreskę – musimy to kiedyś zrobić, wtóruje kolejną sentencją. Upija się co raz bardziej. Obserwuję resztę, chłopaki, ba, niektórzy mężczyźni patrzą nieco z politowaniem na Panią. Patrzą na chłopaków. Widać, że im też rzuca się w oczy, że nie dba o swoje dzieciaki, tylko chleje. Mnie też to ostatecznie bardzo zniechęca do mającej się prziecież przerodzić w brazylijską telenowelę historii – tym bardziej, że Panek opowiada mi, że mimo, iż mieszka od 10 lat blisko Barreiras,to zna Panią od lat 4ech. Poznali się w łóżku. Teraz on zachęcał mnie do interakcji z nią. Dobry kolega :)

Libacja trwała dalej, a ja pożegnałem się i wróciłem do namiotu, gnany przez podwójny wicher – ten browarowy i ten na zewnątrz. Bo było bardzo burzliwie tej nocy, nie padało wiele, ale pięknie się błyskało nad selwą. Porwisty wiatr dawał ochłodzenie. Tutaj jest wyraźnie bardziej zielono niż w tym samym stanie Bahia, bliżej wybrzeża Oceanu Atlantyckiego. Żegnając się z Panią, ta płakała. Już bardzo pijana. Pewnie płakała z tego powodu, dla którego pije, no i z tego, że główny aktor brazylijskiego serialu, maskotka Poloneise, odchodzi, bez zabrania jej do swej namiotowej komnaty, gdzie ogrzewać miałaby śpiwór marki Marmot. Który się nie przydaje, tak samo jak lniany inlet- w nocy jest zwyczajnie bardzo gorąco. Tej nocy spałem sam, nago, tak jak zresztą niemalże każdej nocy, by uniknąć nadmiernego pocenia się. Jedynie o 4 nad ranem, tuż przed wschodem, wskakuję na godzinę w lniany śpiwór, by potem dać już ogrzewać się tylko słońcu.

Obudziłem się rano i po raz pierwszy zrobiłem cuzcuz a la Brazylia. Czyli w sumie papkę z mąki kukurydzianej. Zupełnie to inny kuskus niż znamy z polski, czy raczej z kuchni Bliskiego Wschodu. Średnio to zjadliwe, ale pożywne. Trzeba jakoś okrasić tę potrawę, np. podsmażaną cebulą – pomyślałem sobie dzisiaj rano. Ugotowałem sobie wodę na kawę, przygotowałem spinning i poszedłem trochę porzucać za drapieżnikiem. Niestety nic nie złapałem, zresztą od początku oznajmiali mi moi znajomi z placu obok, wspomniane pijaczki, że na taką blachę to na pewno nic nie złapię. Wykrakali.
Po kawie rozłożyłem się z mapą i tak sobie trwałem nad rzeką, od czasu do czasu do niej wskakując, gdy robiło się za gorąco. W końcu postanowiłem ruszyć 4-litery i pojechałem w kierunku stacji benzynowej, zobaczyć co tam się dzieje, co można ew. kupić, by uzupełnić prowiant na dziś. Po drodze spotkałem jednego z chłopaków, z wczoraj, którego prosiłem o przywiezienie mi piwa, gdy będzie jechał z miasta do pracy. Chłopak wywiązał się z umowy i tak sobie później leżałem w rwącej rzece popijając piwko. Ale zanim, to zapoznałem się z jego kuzynem, małym Alanem, oraz jego wujkiem – na placu warsztatowym, gdzie zatrzymywały się tiry, ten drugi uczył tego pierwszego jakichś trików z capoeiry. Zostałem zaproszony do tego, by usiąść i tak sobie nieco z moim kompanem gaworzyliśmy, przyglądając się spontanicznej lekcji capoeiry pośród popsutych tirów. W końcu Alan wraz z wujkiem wzięli tamburyn i taki specjalny instrument na którym gra się muzykę capoeiry i zaczęli śpiewać. Koncert trwał z 40 minut, specjalnie dla mnie, lekcja muzyki capoeiry. W międzyczasie przyjeżdżali klienci, mechanik zrobił sobię przerwę, poprzyglądał się koncertowi, drugi nerwowo spoglądał na tego starszego z koncertujących, jakby zazdroszcząc tamtemu zabawy w obliczu tego, że ten musi pracować. W każdym bądź razie koncert sobie trwał, co raz wymienialiśmy uśmiechy, po piosence biłem brawo :) Jako, że capoeira to styl walki „wymyślony“ przez przybyłych z Afryki do Brazylii niewolników, teksty mówiły o wolności, nadziei, biedzie, miłości i capoeirze, jako drodze do uzyskania wolności wewnętrznej. Z tego, co udało mi się wychwycić oczywiście. Koncert się skończył, a ja wróciłem nad wodę. Tam dalej studiowalem mapę, pisałem ten tekst, który kończę teraz wieczorem, robiąc sobie oczywiście przerwy na kąpiel w zimnej rzece.

O 3 byłem umówiony na wędkowanie kuszą, ale po wczorajszej libacji ten sam Panek, co tak zachęcał mnie do erotycznych przygód ze swoją koleżanką, widocznie rozmyślił się i nici. Ale za to poprzyglądałem się rodzinie brazylijskiej, która łapała małe rybki, by je potem sfrytować. ‘Rybki wielkości połowy dłoni, ale jeśli złapie się ich kilkanaście, to jest co do gara włożyć’.

A dalsza część dnia minęła już na gotowaniu, kolejnych kąpielach, nurkowaniu z maską i podglądaniu ryb, niektórych większych również, jak i glonojadów, które można było spotkać przyssane do dużych kamieni, dalej na rozmowach z kierowcami ciężarówek podczas tych kąpieli i tak teraz, wieczorem, siedzę już sobie w namiocie i myślę o tym, jak to piwo mi źle robi. Gdy pedałuję podczas wypraw, bardzo wyczulam się na alkohol. Wyczuwam jego najdrobniejszą ingerencję w moje ciało i szczerze mówiąc niezbyt dobrze mi to robi. No, ale dziś miałem małą dyspensę :)

Z pobliskiej dżungli dobiegają chóralne dźwięki owadów, kołysząc mnie do snu, by ten dał ciału wytchnienie, gdyż jutro znów wsiądę na rower i popedałuję dalej, w brazylijską przestrzeń…

A o poranku, spakowany, pożegnałem się z wszystkimi postaciami tej historii…już wyjeżdżałem na drogę, a tu eksplodowałą nagle dętka…opona się rozeszła, dętka bum. No i nagle potrzebowałem nowej opony…jedyny logiczny pomysł, to powrót w jakiś sposób do BARREIRAS, 12 km i kupno nowej opony…szybka myśl – nr telefonu pielęgniarza z BARREIRAS – rowerzysta, jeszcze ze 100 km przed BARREIRAS zatrzymał się, by zrrobić sobie ze mną zdjęcie i zostawił nr telefonu, oferując swoją pomoc. W tym momencie ten telefon okazał się bardzo pomocny. Zadzwoniłem, Pan przyjechał, wróciliśmy do miasta, mimo protestów zapłacił za dwie opony, odwiózł mnie na stację i wtedy dopiero w godzinach już południowych, pojechałem dalej. Takich historii było kilka. Gdy wszystko składa się w jedną całość i każda z trudności po maksymalnie kilku godzinach znika, bo pojawia się ktoś, kto nagle Ci dane trudności pomaga przezwyciężyć. Bez oczekiwania zapłaty, rewanżu – po prostu. I to jest tutaj właśnie naprawdę piękne i ujmujące. Ludzie. Pomagajcie sobie nawzajem, bo mam wrażenie, że w naszej przestrzeni społecznej zdecydowanie tego za mało. Przeindywidualizowanie i brak wzajemnego zaufania.

18.12.2016, Rio de Ondas, Posto despues de la ciudad BARREIRAS

Leave a Reply

Name and email are required. Your email address will not be published.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>