Tonina – San Cristobal de las Casas

A więc jest już następny dzień i budzę się rano na kempingu w Toninie, tradycyjnie kawa, tradycyjnie śniadanko, no i ruszam na podbój ruin. Przy wejściu od razu miła niespodzianka, bo dowiaduje się, że wstęp jest za friko. Policjant pyta mnie po angielsku skąd przybywam, no a ja, że z Polski, no a on, a że to daleko. Za chwilę podchodzi jakaś starsza pani, fizys i kolor skóry zdecydowanie każą przypuszczać, że nietutejsza. Przemawia do mnie po angielsku i opowiada swoją historię, że jest misjonarką (ha! +1 lajk od feministek na fejsie ;) )  i uczy tutejszych angielskiego, po czym spogląda na wcale niemłodego policjanta, jak na swojego synka i pyta, czy zapytał po angiesku skąd pochodzę. Pogłaskałem policjanta przed jego przyszywaną mamą mówiąc, że tak, że pięknie zapytał i że nawet powiedział, że ta Polska to jest daleko. Jeszcze trochę sobie z Panią pogaworzyłem, posłuchałem jak mówi w języku Tzotzilów, czego nauczyła się mieszkając dłuższy czas w jednej z okolicznych wiosek. W końcu przyszedł czas na papa i ruszyłem na zwiedzanie ruin. Idąc tak sobie drogą spotkałem grupkę studentów języków lokalnych i wpadłem z nimi w konwerrsację, po czym zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie, po tym jak usłyszeli, że ja to na rowerze :) Wypytałem ich trochę o ich studia – Ci co mówią po tzeltalskiemu studiują tzotzilski i na odwrót. Spróbowałem wypytać ich jako młodych ludków o ich zdanie na temat Zapatystów, co to tak naprawdę w rzeczywistości za zjawisko, ale mój hiszpański chyba jeszcze zbyt kulawy, a i oni niewiele więcej potrafili mi powiedzieć poza stwierdzeniem, że to ruch rewolucyjny kierowany przez generała Marco w celu zwrócenia uwagi na zaniedbywany stan Chiapas. No i że Che Gevarę też lubią :) I chyba ten generał Marco jest tutaj podobnie kultową postacią.

Juego de Pelota in Uxumal

Juego de Pelota in Uxumal

Za chwilę się rozdzieliliśmy, a mnie przechwycił jakiś chłopak, który nagle zaczął mi opowiadać o symbolice rzeźb, które znajdują się na majowym placu do gry, który możemy oglądać niemalże w każdych ruinach, gdyż Majowie grali sobie właśnie w piłkę – kto wie, może to właśnie ich trzeba uważać za pierwszych piłkarzy :) Tyle, że piłka u nich była z dość twardego kauczuku, musiala być utrzymana w górze (piłka symbolizowała Słońce, które nie może dotknąć ziemi), odbijali ją biodrami i łokciami próbując trafić w jedną z dwóch okrągłych obręczy, odrobinę tylko większych niż sama piłka. Podobno drużyna przegrana była składana bogom w ofierze za karę, choć istnieją też opinie, że to drużyna wygrana w nagrodę z dumą mogła być poświęcona bogom jako ofiara szczególna.

No, ale wracamy do chłopaka o niemałej wiedzy, który mi przez cały mój pobyt w ruinach postanowił opowiedzieć o nich w najmniejszych szczegółach nic za to nie żądając. Wdrapywaliśmy się na kolejne piętra wielkiej, bogato zdobionej piramidy, która jest główną strukturą w Toninie. Mój kompan pokazał mi m.in takie jedno miejsce w środku piramidy, gdzie jeśli staniesz pomiędzy oknem, przez które wpada słońce do środka labiryntu, a ścianą, to zobaczysz swój cień, tyle, że w formie kościotrupa – naprawdę ciekawe zjawisko…

Tak spacerowaliśmy sobie ze 2,3 godziny, po czym dotarliśmy do wierzchołka, gdzie mogłem usiąść na tronie władcy na samej górze piramidy i cieszyć się widokiem na moje królestwo rozciągające się w dolinie. Robi wrażenie. Na  koniec przewodnik powiedział mi o tym, że tak naprawdę, to on to robi wszystko mniej lub bardziej prywatnie, że nie ma nic wspólnego z zarządcami tych ruin i oficjalnymi przewodnikami, którzy mają swoją taryfę, tylko robi to na własną rękę, w ramach wolontariatu oraz tego “co łaska”, dzieli się swoją wiedzą. Moim zdaniem zasłużył na dużo więcej niż mogłem mu w tym momencie dać, ale też czułem, że nie jest to wielkim problemem. Pożegnaliśmy się i wróciłem na kemping – było już po południu, a więc postanowiłem, że zostanę na kolejną noc i wyruszę następnego ranka. Pozostałą część dnia poświęciłem na czytanie i gotowanie – od jakiegoś czasu woziłem ze sobą mąkę, chcąc wypróbować przepis na bannock – taki chleb z patelni, smażony w tłuszczu – mieszasz mąkę z odrobiną proszku do pieczenia, dodajesz wody i ugniatasz ciasto – wszystko możesz przyprawić jak Ci się podoba – możesz dorzucić pestki z dyni, cynamon, owies, czy cokolwiek. Potem smażysz w głębokim tłuszczu i masz pewnego rodzaju chleb – choć jak dla mnie to bardziej przypomina ciastka zbożowe, tym bardziej, że ja po usmażeniu tego bannocka karmelizuję na patelni cukier z owsem i oblewam tym wypiek. Całkiem smaczne, przede wszystkim odżywcze, a przepis na to cudo znalazłem w mojej super-hiper książce, o której kiedyś już tutaj wspominałem. Było wystarczająco dobre, by zleciały się psy z okolicy i tak sobie siedziałem, objadałem się, a psy z wyrzutem patrzyły się na mnie błagalnym wzrokiem, żeby rzucić jakiegoś ochłapa. Ich wzrok zniszczył mnie psychicznie i tak też resztki im się dostały – w ramach wdzięczności psy spały przy moim namiocie, stwarzając wrażenie, że mnie bronią, choć przy mocniejszym przytupie zapewne uciekłyby gdzie pieprz rośnie w nadziei, że to mi się dostanie, a nie im :)

Tak mi minęło po południe, wieczorem zrobiłem wpis na bloga, którego treść jednakże ma pozostać tajemnicą do końca świata, bo jakimś sposobem plik po prostu gdzieś wcięło (mam ja swoje hipotezy: program konsolowy mogrify, który zmniejsza zdjęcia wykrył, że plik tekstowy nie jest plikiem z obrazem i go po prostu przeorał pozostawiając po sobie dokładnie tyle, co nic :) ).

Sen, poranek, piękny wschód słońca w górach, pakowanie sakw, instalowanie ich na rowerze, co zabiera mi codziennie około dwóch godzin, no, ale taka to codzienność rowerowego nomady.

Jak to zwykle bywa droga powrotna zdaje się mijać dużo szybciej, co w tym przypadku miało i logiczne, i praktyczne powody, gdyż Ocosingo jest położone dwieście metrów niżej niż Tonina, co na przestrzeni 12 kilometrów oznacza, że jedziemy dużo z górki.

W Ocosingo zatrzymałem się na taco i krótką konwersację z podróżniczką, z Niemiec, która stwierdziła, że drogo tutaj jak cholera, a żeby dokładniej przetłumaczyć z niemieckiego, to “w gówno drogo” (scheißteuer!). Nie bardzo rozumiałem, bo na Yucatanie wszystko kosztowało znacznie więcej, ale koleżanka przybyła do Chiapas z Gwatemali. W duchu ucieszyłem się, że w takim razie w Gwatemali będzie jeszcze taniej. Pożegnalismy się, wszamałem wspomniane taco i utwierdziłem się w przekonaniu, że dla mnie jest jednak tanio (jeden taco za 3 pesos). Wspinając się na rowerze pod górę pożegnałem Ocosingo przystając kilka razy i podziwiając panoramę miasta. W kolejnych dwóch dniach wspiąłem się o półtora tysiąca metrów wyżej. Sam nie wiem, jak to zrobiłem, nawet nie było jakoś specjalnie ciężko, ale widocznie przyzwyczaiłem się do poruszania się w pionie :)

Pierwszej nocy zatrzymałem się w krzakach przy drodze. Posłanie z widokiem na wodospady, o których wspomniał mi wcześniej wracający na rowerze do domu ze szkoły nastolatek, z którym zamieniłem kilka słów. Postanowiłem nie rozbijać namiotu, położyłem karimatę, zainstalowałem moskitierę i zabrałem się za gotowanie. Po około dwóch godzinach, wyczerpany, już ciesząc się na ciepełko śpiwora, które uchroni mnie od chłodu nocy…wbijam się w śpiwór, uszczelniam moskitierę…i zaczynam ostro się kręcić, bo coś mnie równie ostro gryzie – okazało się, że wkroczyłem z moim posłaniem na terytorium tych właśnie mrówek, które tworzą sobie ścieżki i w liczbie tysięcy transportują liście oraz inne skarby. No i mnie przegoniły – przeniosłem legowisko po początowej próbie pokazania im, że jednak to ja jestem wielki i o wiele wyżej w łańcuchu pokarmowym, ale one uświadomiły mnie, że mają to gdzieś w swych mrówczych czterech. I w sumie słusznie, bo to ja im wszedłem w drogę. Dosłownie. Nie bardzo miałem się gdzie przenieść, ale znalazłem jedno miejsce, gdzie udało mi się między górkami i kamieniami przyjąć wygodną pozycję do snu. Tam już nic mnie nie gryzło i po kilku godzinach przywitałem kolejny dzień.

O poranku zrobiłem kawę, podziwiałem w dolinie las, który spowiła mgła, aż w końcu postanowiłem wybrać się ku wodospadom, które znajdowały się 100 metrów niżej. Zaliczając ze dwa razy glebę na śliskim zboczu ugruntowanym gliną dotarłem do wodospadów, poprzyglądałem się w pozycji mocno kontemplacyjnej szybko płynącej wodzie i wróciłem do obozu, gdzie w szybkim tempie zapakowałem wszystko na rower.

Przemierzyłem kilka wiosek, znowu jakieś dzieciaki krzyczały za mną “gringo”, podziwiałem różnorodność wzorów w przydrożnych sklepach z ręcznie wyrabianą odzieżą, co raz minąłem jakiś most z rzeką niosącą błękitną wodę, aż w końcu przyszedł kolejny wieczór na około dwóch i pół tysiącach metrów, a droga przyniosła mi wioskę, a w niej ciekawy kościół znajdujący się niemalże nad urwiskiem, a za nim niezamieszkana drewniania chatka, zupełnie otwarta, z miejscem na ognisko, zapraszająca żeby tam właśnie spędzić noc. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Posłanie, kolacja, znowu “upiekłem” ciastka i opierając się o drewnianą chatę podziwiałem wzgórza rozpościerające się w dolinie, oświetlane co raz słabszym światłem zachodzącego słońca. Postanowiłem wzmocnić wrażenia muzyką – to był ten moment na “hard sun” z soundracka “Into the wild”. Tak idyllicznie zakończył się mój dzień i w podobnej atmosferze przywitał mnie kolejny, gdyż ten wschód słońca przebił wszystkie poprzednie, o czym zresztą możecie się przekonać oglądając galerię z tego odcinka trasy. Brykałem z aparatem starając się uwiecznić te piękne chwile, po czym brzuszek dał mi znać, że czas na śniadanie. W międzyczasie odwiedził mnie chłopak, który oznajmił mi, że około godziny ósmej będzie tu chłopa na kilka wsi (a jak chłopa będzie, to baby też się plątać będą ;) ), bo dzisiaj jest niedziela, a więc czas na wizytę lokalnej społeczności w kościółku przylegającym do mojej sypialni ;)

Poranna kawa pita była zatem w atmosferze religijnych śpiewów po hiszpańsku, aż w końcu przyszedł czas, by wyruszać. Wiedziałem, że do San Cristobal niedaleko, bo jeszcze dnia poprzedniego spotkałem parę podróżującą na rowerach – Uschi była z Niemiec, a jej partner z Kanady. Pokrzepili mnie, że troszeczkę jeszcze w górę, a potem do samego San Cristobal to już tylko w dół.  Piękne słońce świeciło nad zamglonymi dolinami, a ja wesoło podziwiałem przyrodę nie musząc pedałować. W końcu ujrzałem bazę wojskową, minąłem jaskinie w okolicach San Cristobal, które pierwotnie miałem odwiedzić, ale ostatecznie podekscytowany, że dotarłem do celu pojechałem do miasta, zatrzymując się na zdjęcie i krótki odpoczynek przed tablicą oznajmiającą, że znajdujesz się w San Cristobal de las Casas, na wysokości 2100 metrów, a miasto zamieszkuje 180 tys. ludków.

Zatrzymałem się, zrobiłem zdjęcia, usiadłem na murku, a nagle podchodzi do mnie chłopak i mówi – “ten hamburger jest dla Ciebie”

– Ale jak to? Już go nie chcesz?- odparłem

– “Witamy w San Cristobal” – po czym ot tak po prostu sobie poszedł, zanim zdążyłem nawet oczy wyłupić.

Rzeczywiście byłem głodny, więc gest powitalny podwójnie mnie ucieszył. W tym momencie przypomniała mi się historia, gdy “zgubiłem” się kiedyś w górach Beskidu Sądeckiego, chciało mi się bardzo pić, no i na drodze znalazłem nowiutką, zamkniętą butelkę wody mineralnej :) Po takich doświadczeniach aż czasem się boję pomyśleć, że czegoś chcę – jeszcze się spełni i co? ;) :)

Takim oto sposobem dotarłem do San Cristobal – przespałem się dwie noce w hostelu, w którym dla podróżujących rowerzystów pierwsza noc jest za darmo i gdy miałem już opuszczać San Cristobal, przez Miszę, mojego mailowego znajomego do tej pory, poznałem Anię i wylądowaliśmy na couchsurfingu u Hiszpanów, którym chyba nie przypadliśmy w jakiś sposób do gustu, bo wystawili nam neutralne opinie na portalu :) Tak czy inaczej Ania znalazła szybko mieszkanie do wynajęcia i miałem się zatrzymać na kilka dni u niej zanim ogarnę kwestię z oczekiwaną paczką. A że w tym samym kompleksie mieszkań był jeszcze jeden pokój wolny, to zdecydowałem się, że zostanę na dłużej.
A z poznaniem Miszy vel. Pasikonika to śmieszna historia była, bośmy się właśnie tylko mailowo do tej pory kontaktowali, ale dało się wyczuć nić porozumienia, no i takim sposobem poznaliśmy się w końcu pewnego dnia, gdy ten na chwilkę wpadł do San Cristobal. Przez Miszę znam więc Anię, poznałem również Olę, która oprócz tego, że równie pozytywnie zakręcona, to prowadzi bardzo ciekawego bloga: http://mexicomagicoblog.blogspot.mx. Do tego żeby było śmieszniej to Anię i Olę poznałem osobiście wcześniej niż Pasikonika. Do tego Pasikonik pomógł mi, żeby paczka od polskiego producenta namiotów Marabut przyszła do domu jego przyjaciela. A podobno Polacy za granicą tak się nie znoszą – a tutaj proszę, jak człowiek jest człowiekiem, to i pozytywy się dzieją :)

No i tak mija ten miesiąc, pojutrze pedałuję do Gwatemali…

Leave a Reply

Name and email are required. Your email address will not be published.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>