Wieści z Nikaragui

Długo, długo nic.

Ano witajcie po długiej przerwie. J23 się zaciął i nie nadawał :) Wspominałem już na fejsbookowym profilu, że po Gwatemali dopadło mnie nieco zmęczenie i właśnie na pisanie, obrabianie zdjęć zabrakło trochę energii – poświęcałem ją na pedałowanie i doświadczanie, dawałem drodze na mnie oddziaływać, przenikać moje istnienie – nie definiując tych przeżyć, nie ubierając tego wszystkiego w jakąś interpretację, nie zamykając ich w bądź co bądź zawsze trochę ograniczonych ramach werbalnego wyrazu w postacji języka.

Wedle bloga dotarłem dopiero co do Gwatemali, na profilu fejsbookowym jestem gdzieś w Hondurasie, a w rzeczywistości siedzę sobię teraz na werandzie drewnianego domu, stylem przpominającego saloony z amerykańskich westernów. Lecz nie przetransportowałem się do Stanów Zjednoczonych – to Nikaragua, miejscowość La Boquita. Jest prosto, niekoniecznie czysto, ale bardzo przyjemnie. Drzewa rosnące przy domu dają mi cień, chroniąc przed morderczym upałem. Do tego morska bryza uprzyjemnia obcowanie na werandzie. Przez gęstwinę drzew przedziera się biel wzbubrzonego Pacyfiku. Po kilku kąpielach wśród tych dużych fal już rozumiem dlaczego Pacyfik przyciąga tylu surferów. Nikaragua jest chyba najtańszym krajem w Ameryce Centralnej, gdzie można rozpocząć swoją przygodę z deską. Na północ i południe od La Bonquita mnóstwo turystycznych ośrodków, gdzie możesz opuścić Internet i posurfować w bardziej analogowy sposób ;)

Tutaj jest jednak przyjemnie pusto. Zupełnie nie widać turystów. Lokalni mówią, że na weekend zjeżdża się trochę ludzi, a w tygodniu tak właśnie przyjemnie spokojnie. Inaczej niż w Leon, w którym spędziłem kilka dni na odpoczynek – na ulicach i w hostelach roi się od backpackerów. Nie zrozumcie mnie źle – fajnie jest poznawać nowych ludzi, ale w moim stylu podróżowania wizyta w hostelu, to czas na odpoczynek, a dla wielu innych – główna atrakcja sama w sobie. O ile w Meksyku mnóstwo czasu spędzałem z ludźmi, tak teraz cieszę się tymi chwilami, gdzie mogę być sam. Ma na to wpływ oczwiście ilość czasu, gdy jesteś otoczony ludźmi. Wiecie, dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak to czasem dobrze zamknąć się w czterech ścianach i po prostu odpocząć troszkę od innych ludzi, nabrać głodu kontaktu międzyludzkiego, by potem wyjść i się nim cieszyć. Uświadomiłem sobie, że pedałując cały dzień jesteś z ludźmi. Oczywiście jako rowerzysta wzbuzasz ciekawość. Jest to oczywiście miłe, ale po jakimś czasie może być nawet denerwujące, po raz tysięczny odpowiadać na te same pytania, albo reagować jakoś na zaskoczenie, że na rowerze, że tak daleko od domu, że z Meksyku. Czasem rozbijasz namiot i myślisz, że wokół nikogo, a ktoś wyłania się z krzaczorów, i tak siedzi z Tobą godzinę, dwie, nie mając poczucia, że może chciałbyś odpocząć. Ale nie ma co w końcu ludziom zarzucać otwartości (raczej dokładnie odwrotnie), tym bardziej, że – jak już wspominałem – tutaj coś takiego jak sfera prywatna raczej nie istnieje.

Wyjeżdżając z Gwatemali pierwszy raz dostrzegłem, że ludzie zaczynają mnie czasem drażnić. Duży wpływ na to miał czterdziestostopniowy upał, no i setki podjazdów w górach Gwatemali. Postanowiłem więc, że potrzebuję kilka dni odpoczynku.

Dotarłem do Copan Ruinas w Hondurasie, zwiedziłem tamtejsze ważne i piękne ruiny Majów – ostatnie już na mojej trasie, gdyż ten właśnie obszar stanowi granicę kultury Majów. Zatrzymałem się na kilka dni w hostelu, spędziłem czas oglądając filmy, czytając, nic nie robiąc, chowając się w swojej kwaterze, gdyż 50-stopniowy upał skutecznie uniemożliwiał jakiekolwiek aktywności na zewnątrz. Na szczęście w hostelu nie było nikogo :) Jednak inny fakt, troszkę mnie początkowo zniechęcił – stwierdziłem, że oprócz odpoczynku chcę pedałować znowu w poziomie, by po jakimś czasie naturalnie zatęsknić do gór, a nie mieć ich już dosyć. Poszperałem w Internecie i czyatam: „większą część powierzchni Hondurasu stanowią góry…“… – no pięknie, pomyślałem sobie… ale po 3-4 dniach ruszyłem w końcu i jak się okazało, rzeczywistość okazała się nader łaskawa, bo tych gór wcale tak dużo nie było – wspiąłem się wprawdzie ze 100 metrów na 1600, ale podjazdy były dość przyjemne – drogi dobrej jakości, z małym spadkiem itd. Na początku mojego pedałowania w Hondurasie przemierzałem niziny – było gorąco, ale za to pyszne ananasy, mango, niezlicznona ilość najróżniejszych rodzajów bananów uprzyjemniały czas. No i rzeki, dzięki którym ciężko byłoby przetrwać te upały. Gdy przejeżdżałem nad jakąś, zbiegałem na dół, rzucałem się na 5 minut w wodę. Ciepłą, gdyż od tych upałów nawet woda w rzece jest dość ciepła. No i wokół mnóstwo źródeł termalnych – ale kto przy 50 stopniach chciałby jeszcze dogrzewać się w gorącej wodzie? :) Choć pewnego razu przy drodze ze skały wypływało takie właśnie źródło, z bardzo dużym ciśnieniem. Stałem tak sobie w tym strumieniu z pięć minut i taki gorący prysznic był dość przyjemny, tym bardziej, że później fajnie się jedzie, gdy mokre ciuchy owiewa wiatr – nawet jeśli jest bardzo ciepły, nawet jeśli czuć w nim zapach tego upału. Po 30 minutach wszystko jest suche, więc wypatrujemy następnej rzeki :)

Będąc jeszcze w Copan ruinas, zmęczony drogą, otwieram mój profil na Couchsurfingu, a tam wiadomość od pewnego Jorge z miejscowości Zambrano w Hondurasie: „Cześć Konrad, jak będziesz w Hondurasie, to przyjedź do mnie i odpocznij trochę. Ucieszyłbym się bardzo, mogąc Cię poznać“.

Czasem zadziwiają mnie takie momenty w życiu, gdzie właśnie czegoś potrzebujesz, a rzeczywistość o tak Ci to po prostu daje :) Stąd dochodzę cały czas na nowo do wniosku, że nie warto się za bardzo czymkolwiek przejmować, gdyż jeśli nie chcesz czegoś wymuszać, nadmiernie się czymś nie martwisz, to to po prostu do Ciebie przychodzi :) Jako, że dróg w Hondurasie nad Morzem Karaibskim niewiele, a do tego potem i tak trzeba wrócić do centrum Hondurasu, chcąc jechać w kierunku Nikaragui, postanowiłem, że pojadę do Jorge odpocząć na kilka dni i potem przekroczę granicę blisko Pacyfiku, by pedałować po płaskim, a do tego stęskniłem się do owoców morza, no i jego orzeźwiających wód. Choć tak naprawdę nie znałem jeszcze wód Pacyfiku. To miał być mój pierwszy raz ;) I tak naprawdę, to jest włąśnie teraz. I jak jest? Czuć moc Neptuna. Ciemne wody Pacyfiku zwijają się w olbrzymich falach. Taka zabawa, że dajesz się ponieść falom, albo po prostu się im sprzeciwiasz i czujesz na sobie moc tego żywiołu, przynosi dużo radości, no i ochłodzenia :) Do tego owoce morza…wczoraj zjadłem przepyszne krewetki w sosie czosnkowym składającym się z, no oczywiście, czosnku, śmietany i masła…. Dziś postanowiłem, że po raz pierwszy spróbuję langosty (a jak to po polskiemu? ;) – ano tak, homar! ). Jest to zawsze najdroższa pozycja na karcie dań, tyle, że tutaj kosztuje to około 10 euro, a w Europie pewnie około 30-40 :) W Kostaryce nie mam co liczyć na małe ceny, bardziej już w Panamie, chociaż Nikaragua jest chyba ostatnim tak tanim krajem, jaki przyjdzie mi przemierzać.

Tym bardziej, mili Państwo, że myślę nad tym, by tę przygodę zakończyć na Ameryce Centralnej, zgłodnieć porządnie i za rok całkowicie otwarty i z pełną fascynacją zabrać się za Amerykę Południową. Ostateczna decyzja jeszcze nie padła, ale czuję, że mnóstwo treści we mnie, którą potrzebuję najpierw wewnętrznie przemielić, przerobić, by zrobić miejsce na nowe doznania w innych rzeczywistościach. W końcu nie chodzi w podróżowaniu o to, by zrobić jak najwięcej kilomterów, czy odwiedzić, jak najwięcej krajów. Bo można podróżować, porzejechać pół świata, ale być nań zamkniętym i tak naprawdę równie dobrze, moglibyśmy wówczas zostać w domu. A czasem podróż dwadzieścia kilometrów od miejsca zamieszkania może otworzyć w nas samych przestrzenie, które pozwolą nam wewnętrznie rosnąć.

Także mam kilka pomysłów, całkowicie do tzw. codzienności wracać jeszcze nie chcę – chciałbym rozwijać mój hiszpański, a pewne tzw. zbiegi okoliczności rzuciły mi na ścieżce pewnych ludzi, którzy otworzyli mi pewne możliwości. Do tego tęskni mi się do córki, a więc chciałbym jakoś połączyć podróżowanie, zostając na jakiś czas w jednym miejscu i dzielić się z nią tym pięknym światem, pokazać, ile rzeczy kryje się tuż za rogiem, jak wiele małych światów z bogactwem ich barw zawiera w sobie najmniejszy nawet skrawek rzeczywistości.

No, ale wracajmy do Hondurasu. Zambrano leży na wysokości 1600 m n.p.m stąd też z nizin wypełnionych plantacjami bananów, trzciny cukrowej przyszedł czas na wdrapanie się do Jorge. Poszło gładko i tak potem zatrzymałem się na kilka dni u Jorge, w jego luksusowym domu, który służy też jako hotel. Niewielu jednak się w nim zatrzymuje, stąd też Jorge stwierdził, że skoro nie może zarabiać, to po co ten dom ma stać pusty, jak może kogoś do siebie zaprosić, by spędzić wspólny czas i podzielić się tym co ma. Otwartość Jorge od początku mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła i cieszę się, że są na świecie ludki, którzy wychodzą z podobnego przeświadczenia, że to otwartość i przyjacielskość jest normą, a nie nieufność. Jorge napisał w swoim profilu, że obcy człowiek, to niepoznany jeszcze przyjaciel…bardzo mi się to wyrażenie spodobało. Dla kontrastu spójrzmy na to, czego uczy się u nas dzieci? Nie ufaj obcym…

Z bardzo otwarym i ciepłym Jorge, który zdecydował się, że będzie żył samotnie, spędziłem bardzo przyjemny czas – świetny kucharz z niego, więc mnóstwo czasu spędzaliśmy w kuchni na przygotowywaniu przepysznych potraw i cieszeniu się nimi przy lampce wina. Jorge również dużo podróżuje, studiował w Europie, zjeździł Amerykę Południową. Zawsze przywozi dużo pamiątek ze sobą – np. lokalny alkohol, książki albo przyprawy do gotowania, ale też sztukę. Stąd te 15-pokoi jego domu-hotelu jest gustownie przez niego udekorowana tymi pamiątkami. Ciekawie było doświadczyć tego, że Jorge te rzeczy cieszą, ale w taki pozytywny sposób – widać, że nie jest on do nich przywiązany wewnętrznym łańcuchem. Na korytarzu, na przeciw drzwi mojego pokoju widniał plakat z obrazem „damy z łasiczką“, a pod spodem podpis – Muzeum Czartoryskich. Jorge posiada również kolekcję polskich orłów z naszego godła :)

Po kilku dniach czułem, że chcę wyjechać – potrzebowałem pobyć trochę sam. Udałem się więc w kierunku stolicy, miałem małe problemy ze szprychami w tylnym kole. Pękały jedna po drugiej. Miałem zatrzymać się w stolicy, ale zjechałem z gór i dojechałem do Choculteca – największej miejscowości na południu Hondurasu, tuż przy granicy z Hondurasem. Zatrzymałem się tam na noc, pan w warsztacie naprawił koło, zainstalował również nowy, zapasowy łańcuch, który kupiłem jeszcze w San Cristobal, w Meksyku. Cieszyłem się, że tak tanio i popedałowałem do Nikaragui.

Przekraczanie granicy w miarę bez problemu, choć na wielką uprzejmość na ma co liczyć, ale to norma i jako polski obywatel w końcu jestem do takiego traktowania w stylu „Nie przekszadzaj mi, piję kawę“ przyzwyczajony ;) Do tego celnik orżnął mnie trochę na kursie lempirów(waluta Hondurasu) i cordoby (waluta Nikaragui). No, ale po co się przejmować, skoro nie można tego zmienić?

Wracamy do tanio zainstalowanego łańcucha….pierwszy raz nowiutki łańcuch pękł po wkroczeniu do Nikaragui. Po prostu został źle zamknięty. Obok był warsztat, więc majster zamknął mi go jeszcze raz. Następnego poranka, po przyjemnym noclegu nad rzeką, wyjeżdżam z rzecznej doliny na główną drogę – trzask – rozpiął się jeszcze raz. Wziąłem więc stary łańcuch – na szczęście majster w Hondurasie rozpiął łąńcuch nie w tym miejscu co trzeba i tak mogłem skorzystać z takiego ogniwka łańcucha, które służy również do jego zapinania – taka szybka zapinka :) Zamknąłem łańcuch i do dzisiaj jest spokój :)

Po jutrze z Granady, drugiej obok Leon dość turystycznej miejscowości, mam łódź do San Carlos po drugiej stronie jeziora Lago de Nikaragua. Tam planuję obczaić jakiś kajak żeby pobujać się po rezerwacie przyrody. Organizowane wyprawy są dość drogie, więc postaram się ogarnąć coś na własną rękę. Następnie łódką przekroczę granicę do Kostaryki i tam chcę się pobujać nad Morzem Karaibskim i na północy przekroczyć granicę z Panamą. Tyle co do planów :) A narazie jeszcze czeka mnie Nikaragua rowerem.

I tyle co do treści narazie :) Co do rzeczywistości Gwatemali, Hondurasu i Nikaragui odniosę się pewnego pięknego dnia, a tymczasem tyle z gaworowej rzeczywistości.

Niech moc będzie z Wami!

Adios Mexico, bienvenidos Guatemala!

Ostatnie dni w Meksyku i bienvenidos Guatemala!

Wy sobie nawzajem robiliście żarty, a ja tak jak zaplanowałem, tak wyruszyłem ppierwszego kwietnia. I nie zauważyłem, żeby prima aprilis w przestrzeni meksykańskiej miało być ważne. Szczerze mówiąc, na tyle byłem zaaferowany przygotowaniami, by wystartować kolejny raz, że fakt tego dodatkowego znaczenia tego dnia zupełnie mi umknął – teraz tak tylko jakoś mi się obił o głowę.

Jestem już w Gwatemali, mój pierwszy nocleg kilka kilometrów za meksykańską granicą. Wokół mnie góry, siedzę oparty o drewnianą chatkę bez wejścia. Zostało ono zabite deskami, może by dzieci się tutaj nie plątały. Gdy zajrzymy przez szparę między deskami jest tam łóżko, na ścianie powieszonych jest kilka dzbanuszków glinianych, na sznurkach suszy się ubranie. Zupełnie jakby ktoś tu mieszkał, albo pomieszkiwał. Albo został przegoniony z wioski z okrzykiem “włóczęgów nie chcemy” – choć ten scenariusz podpowiada mi raczej moje europejskie pochodzenie. Wieje silny wiatr, namiot buja się na lewo i prawo, ale z nowymi rurkami jest niemalże jak nowy. Marabut się spisał i dosłał rurki do San Cristobal, ale temu poświęcę w ramach wdzięczności dla firmy osobny post, a więc nie będę tutaj wyczerpywał materiału :) A więc..wieje wiatr, wokół błyska, dochodzi godzina dziewiętnasta. Mam dziś wolne od gotowania, bo tuż przed przekroczeniem granicy pozwoliłem sobie na dobry obiad – dobry, wcale nie musi oznaczać drogi i tak też było w moim wypadku. A do tego – o zgrozo – najlepsze krewetki w moim życiu zjadłem chyba właśnie dzisiaj – nie nad wybrżeżem karaibskim, nie nad Zatoką Meksykańską, a w terenie górzystym, w miejscowości  Carmen Xhan przy granicy z Gwatemalą. Miałem sunąć Pana Americaną i wkroczyć do Gwatemali w miejscowości La Mesilla, ale podczas niemalże bezsennej nocy przed wyruszeniem, po studiowaniu mapy, znalazłem inne przejście, które wydało mi się bardziej sexy :D – małe, otwierające mi drogę do dużo ciekawszych ścieżek i przestrzeni Gwatemali – przynajmniej w założeniu. Że wolę mniejsze drogi i wioski od dużych, chucznych i często też nudnych autostrad nie raz już mówiłem, a i dla większości rowerzystów to chyba oczywiste. Nim opowiem o przygodach na granicy i moich pierwszych kilometrach w Gwatemali odniosę się do moich ostatnich dni w Meksyku.

Ostatnie dni przed wyjazdem to pakowanie manatków na nowo, pozbywanie się zbędnych rzeczy, no i pożegnania z tymi kilkoma osobami, które przez ten miesiąc stały mi się bliższe. Rano dopiąłem wszystko na ostatni guzik i wyruszyłem w miasto, by przed Gwatemalą kupić zapasowy łańcuch, tak na wypadek, gdyby aktualny wpadł na pomysł żeby gdzieś w wiosce na końcu świata, w gwatemalskich górach, miał czelność wyzionąć ducha. Przy okazji zobaczyłem sklep wojskowy i kupiłem gaz pieprzowy na bazie smaczniutkich papryczek habanero, no i skonsumowałem jeszcze coś…stwierdziłem, że Wy macie w chatach telewizory HD, to ja też chce mieć HD. No i teraz w HD podglądam sobie zwierzaki, albo przyglądam się niczym wprawny stalker ludzkim przyzwyczajeniom i przyłapuję ich na dłubaniu w nosie, albo drapaniu się NiePowiemGdzie -na ten przykład :) Otóż tym zakupem jest…lornetka :) była dość tania, pewnie nieprofesjonalna zupełnie, ale co tam – jest HD :)

Ciemno wokół, zaczyna grzmieć, mrok ustępuje błyskom na niebie, chatka skrzypi, źdźbła spalonej przez silne słońce trawy drażnią mnie za uchem. Czuję że będzie padać – nie tylko za uchem. Co tam, narazie piszę dalej, mimo zapowiadającego się dziewiczego doświadczenia deszczu w Gwatemali. Jednak nie posiedzę tutaj już dłużej, Chaac (bóg deszczu i piorunów) mówi bym spadał do namiotu.

Czuję, że było dziś gorąco. Nozdrza odruchowo się zwężyły – zdjąłem skarpetki. Pierwsze krople deszczu uderzają o tropik – uwielbiam spać w namiocie, gdy pada…krople tak kojąco kołyszą Cię do snu…

A więc kupiłem gaz pieprzowy, lornetkę i łańcuch. Zjadłem pyszne tacos de carnitas, czyli mięsko, mięsko – m.in ze skórą świńską, mózgiem krowim i tym podobnymi wymysłami i w ten oto rytualny sposób na dobre pożegnałem San Cristobal de las Casas. Na drodze wyjazdowej protestujący Zapatyści zbierali haracz od kierowców samochodów, a mnie z radosnym okrzykiem pożegnali niczym Che Gevarę, wcześniej rozstępując się jak przed Mojżeszem morze. Żeby początek nie był zbyt łatwy, to zaliczyłem glebę wspinając się pod górkę, ale takie doświadczenia wlicza się po prostu w rowerową codzienność.

Na początku pod górę, potem bardzo z górki, a potem znowu bardzo pod górkę. Niewyspanie dało znać o sobie i postanowiłem troszkę wcześniej poszukać noclegu. Po kolejnej górce wyłoniła się przede mną zza skał boczna droga z pięknym widokiem na jezioro i wioską położoną w dolinie. Większość trawy była koloru czarnego, bo ktoś wziął i spalił. A czemu spalił? O tym dowiedziałem się od jednego z mieszkańców, który zaraz po ujrzeniu mnie, podszedł i przyjaźnie zagaworzył. A myślałem, że tylko Gawory mają licencję na zagaworzanie (na gaworzenie natomiast dzielę licencję z dziećmi, na ten przykład – taki oto szlachetny gest dla ludzkości od zacnego rodu Gaworków ;) :p ).

– A Pan to przejazdem?

– A tak, zmęczony już trochę jestem i postanowiłem, że rozbiję tutaj namiot na noc. Pięknie tutaj.

– A tak, pięknie, pięknie. Tyle, że zarobić cokolwiek jest ciężko. Dlatego też zebraliśmy się we wiosce i produkujemy węgiel drzewny.

– A stąd te butelki po pepsi z czarną wodą.

– A tak, one po to, żeby drewno tlące się podlewać.

No i tak gadu-gadu, Pan zapewnił mnie, że tutaj bardzo spokojnie.

Rozbiłem namiot, siadłem na skarpie, izolując karimatą cztery litery, co by wilka nie dostać, no i jak zwykle zabierałem się za gotowanie. Tak dla odmiany – ironicznie mówiąc – makaron z warzywnym sosem. Z przenośnego głośniczka, który uzupełnił w San Cristobal mój duży już bagaż, wydobywały się jakieś hity polskiego rocka typu: “Jolka, Jolka, pamiętasz”, czy “Jedwab”. Za kilka minut przyszło małżeństwo, które wcześniej poprzegarniało kupę tlącego się drewna. Oczywiście zagadali, oczywiście gdzie jest Polska, a że to daleko, a jakie zwierzęta macie, a czy tygrysy? A słonie? A macie ruiny, jak my? Na niektóre pytania odpowiadałem ze znudzeniem, bo po raz tysięczny, niektóre mnie jednak zaskakiwały i kazały spojrzeć na naszą rzeczywistość z zupełnie innej perspektywy. Panek zdradził mi, że oni to eksportują swój węgiel drzewny do USA i Gwatemali, bo tam płacą więcej i się bardziej opłaca, mimo, że transport dużo kosztuje. Oczywiście na tym węglu też gotują, czyli nic innego jak grillują. Tyle, że nie w super ekstra modelu “Poskramiacz steków”, czy wypasiony grill z najnowszego katalogu NOMI, w stylu “Zachwycisz przyjaciół, a tak w ogóle, to goście i pozazdroszczą”. Kilka kamieni, kratka, węgiel. A jeśli jakaś potrawa jest z grilla, to zawiera w nazwie “al carbon”, czyli w wolnym tłumaczeniu – ala węgiel, na ten przykład – kurczak ala węgiel – czemu by nie wprowadzić takiej nazewniczej innowacji do menu naszych restauracji, a choćby żeby wybić gości ze znudzenia :) – “karp po staropolsku ala węgiel” :)

Qrna,znowu odbiegłem, chyba jakieś klamry z madejowego łoża (sorry, Kamil ;) ) trzeba by (trze baby? ;)) zapożyczyć dla mojego umysłu.

Małżeństwo się pożegnało z życzeniami szczęśliwej podróży, na co ja zwykle ripostuję tekstem “buena vida”, czyli pięknego życia, a co to dla nich znaczy, to już niech sami sobie główkują :)

Przyszedł trzeci pan, w meksykańskim kapeluszu, dżinsach zaciśniętych paskiem z wielką srebrną klamrą, choćby była i z mosiądzu. On też zrobił wywiad z Gaworem. Coś tam ciągle gadało mu przez krótkofalówkę, więc po pięciu minutach zapytałem, czy on tu pełni rolę jakiegoś strażnika teksasu, czy coś. On się uśmiechnął tylko i powiedział, że oni we wiosce tak się komunikują – zasięgu telefonii w końcu nie ma, także jak się coś stanie, to się nawzajem informują.  Jak która w ciąże zajdzie też. Albo jak ktoś świniaka ubije i na ucztę zaprasza..i, i…i….

Ciągle urzeka mnie ta otwartość, ale czasem chcesz sobie w samotności zjeść kolację, albo wypić poranną kawę…Pan jednak wyczuł pismo opalonym nosem, zapewnił mnie, że tutaj to bardzo spokojnie jest, no i tak po skonsumowaniu kolacji zapadłem w głęboki, kilkunastogodzinny sen.

W Gwatemali już nie pada. A ja się gimnastykuję w namiocie i szukam wygodnej pozycji, by dalej klepać w klawiaturę.

Poranek w Meksyku. Wyjątkowo wstałem nieco po wschodzie słońca, kawa, kanapki z masłem orzechowym i dżemem (osobno, osobno ;) ). No i rzeczywistość w HD – dzieciaki tarzające się w trawie, ktoś wyprowadza osła na pastwisko, konie stoją po pas w jeziorze, ktoś patrzy się w dal, ale założę się, że widzi w tym momencie tylko swoje myśli, sądząc po jego wyrazie twarzy. Kobiety na głowie nie mają kapeluszy, bo by im przeszkadzały w umiejscowieniu pasa na czole, do którego przymocowany jest dzban z wodą.

Pakowanie i ziuuuu…..słońce nieźle pali, ale dziś wyspany, więc szybko dotarłem do Comitan w trybie pod górkę i z górki. Wymieniłem pesos na gwatemalskie quetzale.

A Quetzal to święty ptak Majów, z którego piór robiono drogie ozdoby, noszone przez władców miast Majów. Fajnie tak w sumie z tą walutą – jak ktoś, by Ci w sklepie u nas zażądał np. “pięciu bocianów”, albo “dwóch sikorek”, choć ze względu na herb, na godło, to pewnie byłyby to raczej “trzy orły”. Zamiast tego mamy złoto :)

Przed bankomatem stuknąłem się poza tym w kostkę, która cały dzień dziobała bólem moją świadomość. Objechałem całkiem przyjemne centrum historyczne miasta, cudem wspiąłem się po tych drogach wiodących z powrotem do drogi głównej, którą opuściłem po kilkunastu kilometrach na rzecz jezdni, która zaprowadziła mnie w półtora dnia na takie nasze, powiedzmy, Mazury – do Lagos de Montebello. Dla uważnych czytaczy, że w półtora dnia, czyli musiałem gdzieś spać zanim tam dotarłem. No i pierwszy chyba raz miałem taką trudność w znalezioeniu noclegu. Niedaleko ruin Chilkultic, które następnego dnia zwiedziłem, zobaczyłem w dolinie jezioro i postanowiłem, że nad nim spędzę właśnie noc. Gdyby nie fakt, że było ono ogrodzone, co wypatrzyłem w HD. Także nie zjeżdżałem w dół tylko snułem się wśród nieurodzajnych pól kukurydzy. Bruzda na bruździe, sucho jak ta choroba, co kiedyś ludzi zabijała. Tak czy inaczej, tuż przed zmierzchem, wypatrzyłem wśród wielu kilometrów pól skrawek trzy metry na trzy, gdzie spędziłem w miarę wygodnie noc. Do tego dolina, widok na góry i jak się rano okazało na jedną ze struktur wspomnianych ruin również. Kawa, śniadanie, wdrapywanie się polnymi drogami w palącym słońcu na drogę główną.

Ruiny Chilkultik jakoś wielkiego wrażenia nie robią, ale z głównej piramidy można podziwiać piękny krajobraz okolicznych jezior. Tym bardziej, że od niedawna w HD, także przyłapałem kilka ptaków na południowej toalecie, albo wędkarzy w swoich drewnianych łódkach, czekających aż coś tam do sieci im wpłynie.

Wiecie, że wronopodobny ptak może przegonić jastrzębiopodobnego? Chyba jastrząb małym wronkom zagrażał – widok był równie fascynujący, co komiczny – oczywiście w HD :)

Stamtąd do rezerwatu Lagos de Montebello to rzut beretem – ten to ma dobrze, bo w jednej płaszczyźnie w miarę leci, a ja wieżdżałem na jedną górkę, by potem z niej zjechać. Jakby algorytm gry się zaciął, albo były cięcia w kosztach ;) Przy wjeździe do parku uszczuplili mnie o 28 pesiaków i dalej droga niczym nieregularna tylko trochę sinusoida. Pierwsze jeziora po prawej, po lewej – wybrałem się tylko do grupy “Jezior Pięciu Kolorów”…i rzeczywiście jedno o błękitnej wodzie, drugie o zielonej, aż przejechałem wzdłóż największego, minąłem wszystkie hoteliki i skończył się asfalt, a więc pomyślałem sobie, że zaraz znajdę idealne miejsce na dziki nocleg. Nie zjechałem nawet stu metrów, wlazłem w krzaki, pospacerowałem trochę i wypatrzyłem, że nieco bardziej w dół drogi jest piękny mały most, a przy moście mnóstwo miejsca na namiot – nad samą wodą, pełną mnóstwa ryb, których ćlomkanie słychać z daleka. Postawiłem rower, zagadałem z wędkarzami – “A gdzież tam wędkowanie zabronione. Tak żeby sprzedawać może, to tak. Coś tam próbowali w parku zakazać, ale to w końcu jedzenie”. Rozbiłem obóz zainstalowałem wędkę, dostałem przynęty w postaci sardynek, na które doskonale brały pstrągi (!!!), a do tego ciasto z mąki kukurydzianej, na które Pan złapał kilkukilogramowego karpia, od innego chłopaka dostałem robaków czerwonych, dwóch wędkarzy-motocyklistów z Comitan zostawiło mi dwa typy mięska na które podobno ryby tutaj biorą. Wyciągnąłem moją wędkę, oczywiście wszyscy się patrzą zaciekawieni, rzucam, patrzę się na szczytówkę, na której zainstalowany jest mojej własnej roboty sygnalizator z kamyczków, plastikowej piłeczki i taśmy izolacyjnej. Reszta sobie wesoło łapie karpie, pstrągi, okoniopodobne na swoje bambusy, albo kawałek żyłki uczepionej do palucha. No i jak tu się nie śmiać z Gringo ;)

No i nic nie złapałem. Co nie znaczy, że nic nie jadłem – następnego dnia Pan Mojżesz zobaczył najpierw jak przyrządzam kawę na palniku, potem jak nic nie mogę złapać, podczas gdy on już z pięć grubych pstrągów wyłowił, no i zaproponował żebyśmy usmażyli jednego. Wybrał największą rybę, za pomocą mojej maczety wypatroszył ją, większy kawałek odciął dla mnie i tak zjadłem przepyszne śniadanie. A ludzie dzielą się tutaj chętnie. Tak samo jest też i z uprzejmością mam wrażenie, że Ci co niewiele mają, dzielą się chętniej i są dużo życzliwsi. A jak widzisz kogoś w lepszym samochodzie, to i o uśmiech z jego strony ciężko. Albo Ci faketa pokaże, jak mi się dzisiaj przydażyło – pierwszy i ostatni raz w Meksyku.

W przepięknej naturze nad jeziorem, gdzie wokół śpiewa mnóstwo ptaków, znowu kurki wodne się kręcą – tym razem mam okazję przyjrzeć się dokładniej ich wystającemu czołu – dzięki lornetce oczywiście. Sardynki wyskakują z wody usiłując ucieć pstrągom. Niczym latające ryby. Naokoło mnóstwo wędkujących albo noszących w ciężkich dzbanach wodę do domu dzieciaków – najczęściej na głowie.

Podczas gotowania kolacji byłem już jednak sam. Prawie. Bo towarzyszyła mi największa żaba jaką w życiu widziałem – taka pewnie jak moja głowa. Odkryłem, że w pobliskim drzewie ma gniazdo, także wybrała się na 50-centymetrowy spacer, kilka razy wypięła się na mnie podczas gotowania i w końcu zniknęła pod korzeniem drzewa.

A mnie chyba tu zaraz zaleje – burza jest chyba właśnie nade mną, bo rzuca namiotem, pada rzęsisty deszcz, przez otwory wentylacyjne wdziera się przyjemne świeże powietrze.

Po wspólnym śniadaniu z Mojżeszem, poznaniu jego syna Józefa, dwóch lokalnych pijaczków, którzy walili tanią wódę z trzciny cukrowej, zabrałem się za pakowanie. Gdy skończyłem wziąłem kąpiel w orzeźwiającej wodzie jeziora i około południa pożegnałem Lagos de Montebello. Kierunek granica z Gwatemalą i jej pierwszą miejscowość o bardzo świeckiej nazwie “Dzięki Bogu” (Gracias a Dios). Musiałem się nieco wrócić do granicznej drogi, po drodze mijałem miejsce, w którym nocowałem wśród pól. Jak się nad jeziorami okazało – zgubiłem nóż – sądziłem, że zostawiłem go właśnie tam i tak postawiłem rower w krzakach przy drodze i w czterdziestostopniowym upale przespacerowałem się rozbijając tutejszym rolnikom kilka grudek, co by im pole plony lepsze dało. No i jaka to radość znaleźć czekająćy na odnalezienie Twój nóż, z którym już się zdążyłeś we wnętrzu pożegnać? Ogromna. Teraz już nic nie mogło zachwiać mojego świetnego samopoczucia i gwiżdżąc sobie przemierzyłem resztę drogi do granicznej miejscowości w Meksyku, gdzie zjadłem wspomniane krewetki. Miejscowość graniczna z Gwatemalą znajduje się w dolinie, a do samej Gwatemali musisz już się wspinać w górę. Gdy tam dotrzesz, urzędnicy gwatemalscy całkiem słusznie zawrócą Cię 200 metrów niżej, by Meksykanin Ci stempel przybił, choć pytając go stwierdził 15 minut wcześniej, że po stemple to tam na górze. Tak, po stemple, ale gwatemalskie, a najpierw potrzebujesz stempel wyjazdu z Meksyku. Dobra, zostawiam rower na granicy prosząc miłego urzędnika żeby rzucił okiem. Nie ma problemu. Schodzę z buta w dół, bo nie chce mi się już potem wspinać na rowerze drugi raz pod tę samą górkę. Tam dowiaduje się, że muszę zapłacić 300 pesos przy wyjeździe – mimo, że zapłaciłem 300 pesos przy wjeżdzie płacąc za bilet lotniczy, mimo, że na moim pozwoleniu na pobyt jest napisane, że przyleciałem samolotem, a linie lotnicze pobierają automatycznie opłatę za wjazd do Meksyku. Pan zażądał biletu lotniczego, a potem stwierdził, że to dopiero od tego roku tak jest, mimo, że ja pewny jestem, że tak było i wcześniej. Zakląłem, po czym stwierdziłem ok. Grzebię w kieszeni – 150 pesos, reszta jest w portfelu na górze. Wracam się na górę, biorę portfel i taksówkę – tuk-tuka rodem z Azji, jak potwierdził mi taksiarz, którego zapytałem o pochodzenie motóra. Taksiarz zatrzymuje się przy biurze emigracyjnym. Rzucam kasę i paszport, rządam nazwisk urzędnika i szefa. Szefa, który wcześniej nie miał dla mnie czasu, by wyjaśnić kwestę z podwójną opłątą za wjazd, bo ma ważniejsze sprawy, jak oznajmił mi jego podwładny.  Ów żądanie nazwisk zdziałało tyle, że urzędnik zadzownił jednak na górę i się dokładnie wypytał. Mimo wszystko mnie skasowali. No i czekałem 40 minut na potwierdzenie wpłaty. Bo to gdzieś skąd indziej musi faksem przyjść. Mój taksiarz odjechał nie żądając zapłaty i mówiąc, że zaraz wraca. Potem złapałem drugą taksówkę, dałem mu dwa razy więcej mówiąc, żeby zwrócił koledze, bo te tuk-tuki podlegają pod jedną firmę, jak mi wcześniej wytłumaczył jej właściciel, zapraszając mnie przy tym na piwo :)

Także z tym urzędem to taka trochę średnio przyjemna sprawa. No, ale nie podyskutujesz sobie z betonem, bo beton Ci odpowie, że on nic nie może, że on jest tylko częścią betonu. I nawet mu brew nie dygnie. I nawet go wstyd nie zaleje. I nawet jakoś mu nie przeszkadza, że jest częścią betonu.
No, ale kojene doświadczenie, teraz wiem, o czym mówili meksykańscy przyjaciele, że z urzędasami to w Meksyku czasem jest ciężko…Gdzie zresztą tak nie jest…(no dobra, może w Dojczlandii). No, ale z każdej sytuacji, jaka by nie była, trzeba zrobić co się da najlepszego, także zacukrzyłem się pepsi, taksiarz dowiózł mnie do roweru, urzędnik gwatemalski wbił mi pieczątkę z wizą na 90 dni. Gwatemala przywitała mnie rajdem z górki aż piszczały klocki (hamulcowe, hamulcowe), po czym oznajmiła mi, że tak łatwo nie będzie i zaczęło się wspinanie. Ze 2-3 razy trzeba było odpocząć, ale na samej górze Gwatemala ofiarowała mi pomarańcz, który leżał sobie na drodze, a zaraz po niej wyłonił się piękny krajobraz na góry, które przyjdzie mi zjeździć…przy 38 km/h po polsku wykrzyknąłem z bananem na twarzy: “Witaj Gwatemalo!!!”, a widoki ryły mi na tyle czachę, że ta postanowiła zalać mnie endorfinami. Dobrze, że mnie nie sparaliżowało, tylko zdobyłem jeszcze ze dwie górki i tak oto jestem sobie, gdzie jestem.

Deszcz raz ustaje i zaraz nieśmiało próbuje rozchulać się na nowo. Energia w Gwatemali dobra, pisze się lekko, ludki się uśmiechają, kobiety tak samo piękne jak w Meksyku, no i miałem okazję już zobaczyć amerykański, żółty autobus szkolny, który znamy z wielu filmów, no, choćby z czołówki South Parka ;). Na dachu autobusu bagaży ile wlezie, a bagażowy siedzi na miejscu, które dla policji z naszych przestrzeni europejskich niczym sól w oku – na dachu oczywiście, szczerząc zęby i łapiąc komary, co by nie zgłodnieć po drodze :)

Tyle narazie, do usłyszenia pewnie z wysokości Rysów, czy coś takiego :)

P.S: przestało całkiem padać, musiałem za potrzebą, po deszczu w Gwatemali pachnie mi malinami. Jakiś ptak kwili, jakby chciał się poskarżyć, że do ostatniego pióra przemókł. Świerszcze zastąpiły dźwięk rozbijających się o tropik kropel rzęsistego deszczu, a mrówki odkryły nowego przybysza i usiułują dobrać się do mego żarcia…