Granica światów – Kostaryka rowerem cz. 1

Nadriabiam zaległości na blogu, synchronizuję informacyjnie profil fejsbookowy z blogiem.

20.05.2014

Zaczynając od końca – konfrontacja w Kostaryce.

Wszak wiadomo, że każdy podróżujący musi mieć jakąś mrożącą krew w żyłach, historię do opowiedzenia, gdzie coś poszło bardzo niezgodnie z planem. Cóż, rzeczywistość tak zechciała, że i ja od wczoraj mogę się taką historią pochwalić.

Otóż ktoś odważył się napaść na Gawora. Trzech knypków w Kostaryce zajechało mi drogę na skuterze, a potem wszystko działo się szybko. Jeden z 3 kolesi do mnie wyskoczył z łapami, adrenalina podpowiadała mi, jak działać. Instynktownie rzuciłem rower i wymachując łapami odgoniłem napastnika. Gdy ten pierwszy odciągnął mnie od roweru, widziałem, że drugi siłuje się, żeby wyrwać torbę z aparatem i elektroniką, która była przytwierdzona do kierownicy. No skąd mógł wiedzieć, że wystarzczy nacisnąć przycisk, żeby ją swobodnie zdjąć. Próbował na chama. To dało mi czas, by do niego podbiec i go odstaszyć. W tym czasie ten pierwszy pociąnął za reklamówkę z chlebem, która była przytwierdzona do tylnich sakw. Pewnie spodziewał się większej zdobyczy, niż mocno słodkawy chleb tostowy. Prawdopodobieństwo, że zdobyłby coś z tylnych toreb, było znikome, gdyż system pakowania nie pozwalał na łatwy dostęp do bagażu. Ale gdzieś tam, na wierzchu, pod ciuchami, teoretycznie na wyciągnięcie ręki, była maczeta. Której na szczęście nie odkrył napastnik, ale i ja na nieszczęście szukałem jej na próżno. Ten typek z przodu w końcu wyrwał torbę z aparatem i zaczął uciekać. Dopadłem do niego i nim zdążyłem go trafić, wyrzucił przed siebie torbę, a na ulicy zaczęły nadjeżdżać samochody. Cała trójka tak jak niespodziewanie się na skuterze pojawiła, skuterem rzuciła się ku ucieczce. Młodociani przestępcy widocznie jechali za mną cały czas i czekali aż główna ulica ze stolicy San Jose na wybrzeże Morza Karaibskiego opustoszeje. Nic nie zginęło, zdołałem się wybronić. Tyle, że upadek poniszczył i obiektyw, i aparat, a do tego pękło szkło w lornetce. Także to tak, jakby zajeb… mi i aparat i lornetkę. Na próżno więc będzie Wam czekać na zdjęcia z nad Karaibów…a szkoda…bo tutaj rzeczywistość nader piękna – droga otoczona jest dżunglą z której wydobywa się tysiące dźwięków. Orkiestra miliona stworzeń. Zieleń tak żywa, że nietrudno pomyśleć, że nad tym wybrzeżem osadzonych zostało wielu Jamajczyków i stąd ta kulutra determinuje tutaj bieg rzeczy – reggae, ganja, no i to pyszne żarcie, gdzie wszystko gotuje się na mleczku kokosowym. A kokosów i bananów całe mnóstwo. Dziś wdrapałem się na wolnorosnącą palmę i zwędziłem pięć PIP. Bo PIPA w Kostaryce, to młody kokos z bardzo smacznym mleczkiem. Jakby nie było.

Jeśli chodzi o pedałowanie tą drogą na Karaiby – jest dość płasko – jedzie się przyjemnie. Niewiele samochodów. Na drodze, co kilka kilometrów pojawia się most nad dziką rzeką – Kostaryka sławna jest z szaleństw w rwących wodach – rafting itp. Tak na marginesie, to prawdopodobnie w okolicach jednego z takich mostów moi oprawcy dojrzeli, gdzie chowam aparat, podczas gdy zatrzymywałem się na robienie zdjęć.

Biking Costa Rica

Wild river in Costa Rica

No i te dzikie plaże, gdzie nie uświadczysz nikogo, ewentualnie dzieciaki z wioski znajdującej się kilometr w głąb dżungli. Zaraz przy plaży biegnie droga, do turystycznej miejscowości Puerto Viejo, gdzie chyba najczęściej można usłyszeć słynny kostarykański tekst “pura vida”, którym to miejscowi wyrażają radość z życia i swobodne doń podejście. No i tak w tym dużym upale kilka razy zboczyłem z drogi ku plaży, by nieco się ochłodzić, poszaleć w wodzie, napić się mleczka kokosowego, dać odpocząć nozdrzom od zapachu padliny, który pochodzi od….wszechobecnych tutaj pozostałościach pancerzy krabów. Jadąc tak sobie na nosowym bezdechu, słuchając dźwięku strzelających pod kołami roweru pancerzy, gdy nie udało mi się wymanewrować…wysnułem taką teorię, której podstawy sięgają kilku lat wstecz, kiedy to, oglądałem film dokumentalny o takim rodzaju krabów, które po wyjściu z morza wędrują do dżungli, by się rozmnożyć i potomstwo próbuje dostać się potem z powrotem do wody. Jedno zdanie z tego dokumentu utkwiło mi głęboko w głowie: “Jeśli młode kraby jakimś cudem przeżyją w dżungli konfrontację z mrówkami, to większość z nich znajduje śmierć, będą rozjechana na jezdni oddzielającej dżunglę od morza”. No i tego zjawiska właśnie byłem świadkiem nad kostarykańskim wybrzeżem Morza Karaibskiego.

Morze Karaibskie to zdecydowanie moje ulubione. Jakoś do tej pory nie mogłem się przekonać do odpoczynku wśród rozległych wód, wolałem raczej góry. Karaiby mają w sobie jednak coś takiego, co każe się uśmiechać, skakać wśród jego fal i się po prostu cieszyć jak dzieciak, brykająć sobie w wodzie. Synonim raju. Biały piasek, błękitna woda, zielone palmy pełne kokosów. Nie mówiąc o tym, jakie bogactwo stworzeń kryje się pod wodą – meduzy, różnokolorowe ryby, olbrzymie ślimaki, które po wyłowieniu służą jako idealna przynęta podczas wędkowania. Czasem wśród skał skryje się ośmiornica, albo odwiedzi nas duży żółw. Niekiedy na horyzoncie pojawiają się delfiny, olbrzymie ławice tuńczyka, który tak się piekli w ławicy, że ma się wrażenie, jakby tysiące tych ryb było uwięzionych w malutkiej beczce i walczyło o wolność próbując jedno przez drugie z niej wyskoczyć.

Jestem w Puerto Viejo, gdzie więcej turystów niż mieszkańców. To chyba taki kurort dla hipisów, ludzi szukających rozrywki, dużo ludzi odwiedza tutaj centra jogi, by w tej przepięknej aurze nieco się wyciszyć i udać się w spirytualną podróż duchową, odpoczywając od przeorganizowanej rzeczywistości Stanów, bądź Europy.

Chłopaki to wytatułowane po ulicach chodzo, a kolorowo ubrane dziewki dumnie prezentują dredy, przy okazji eksponując kształty obcisłymi spodenkami. Okoliczne plaże przywołują wyobrażenia o raju. Sama miejscowość to jedna wielka impreza – proste bądź wykwintne lokale gastronomiczne serwujące kuchnię karaibską przeplatają się z baro-dyskotekami, gdzie przeważa reggae, reggaeton, ewentualnie muzyka, przy której bioderka wykrzykują “salsa”. Jednej nocy wybrałem się na imprezę, ale w środku tygodnia niespecjalnie coś się działo, więc wróciłem do hostelu. Odpocząłem tam jeszcze dzień, wybrałem się na plażę, popluskałem w wodzie, poprzekomarzałem się z całkiem wysokimi tutaj falami, na które polowali również surferzy.

Góra 2-3 godziny wystarczy, bym był gotowy do drogi. Cały swój dobytek mam na rowerze i jeśli mi nie pasuje, to mogę się w każdej chwili przenieść. Odpowiada mi takie życie, wypełnia mnie to poczucie wolności.

Z Puerto Viejo do granicy z Panamą jest już tylko kilkadziesiąt kilometrów, wśród plantacji bananów i manufakturek, które pod banderą firmy Chiquita przygotowują banany do wysłania statkiem z Puerto Limon do Europy. W takiej bananowej manufakturze niemalże wszystko odbywa się ręcznie – olbrzymie kiście bananów transportowane są na wyciągu  prosto z pola , po czym czyszczone wodą pod ciśnieniem, dzielone na mniejsze kiście, pakowane w folię, kartony…przyjemnie przyglądać się uśmiechiniętym przy tej pracy ludziom.
Mniej przyjemnie za to patrzy się na ostrzegające ludzi przed niebezpieczeństwem przebywania na plantacji bananów tablice, podczas, gdy z samolotów zrzucane są opryski.

Kolejny opis pojawi się, nieco później, bo po powrocie do Europy nie wrócę do rzeczywistości, a chcę pielęgnować mój hiszpański, a więc, gdzie lepiej niż u konkwistadorów? Lato zapowiada się więc hiszpańsko-katalońsko – Barcelona. (jak już nadmieniłem, nadrabiam teraz zaległości, z Berlina już, gdzie za oknem szara jesień. Barcelona – tak jak w miłosnym zrywie bardzo mnie do siebie przyciągnęła – no przyznam się, powiew miłości mnie do stolicy Katalonii z Ameryku Centralnej ku Europie ciagnął. Tak gwałtownie, jak jednak się pojawił, tak mnie z tej Barcelony wykurzył. Kolejna lekcja od życia, duża lekcja samego siebie )

Czemu nie zostanę tutaj? Czemu nie pojadę do Ameryki Południowej? Czuje że trochę się zmęczyłem i muszę odpocząć, porządnie zgłodnieć i wtedy znowu będę z fascynacją mógl nadawać, tym razem z Ameryki Południowej. No a poza tym wspominałem już o motywacji związanej z dużo bardziej katalońską niż hiszpańską Barceloną. (dziś trochę inaczej na to patrzę – gdyby nie ta miłostka, prawdopodobnie osiadłbym na 1-2 miesiące w Ameryce Południowej, odpoczął i popedałował dalej. No, ale, nie ma co gdybać – poszedłem za głosem wnętrza, troszkę może przy tym wykiwawszy siebie samego, ale jak tu żałować tych decyzji, które swoje źródło mają w miłosnym uniesieniu :) – carpe diem! )
Tymczasem pozdrawiam, śląc zieleń dżungli i błękit wód Morza Karaibskiego!

W następnym odcinku opowiem nieco więcej o tym, jak wygląda Kostaryka rowerem.