Pożegnanie w Królestwie węża i idylla nad jeziorem Silvituc

Z Flavien-em wyruszliśmy ku Calakmul zwiedzając po drodze bardzo interesując,e, mało znane ruiny Becan. Jak narazie to mój faworyt, nawet po późniejszym zwiedzaniu ruin Królestwa Węża. Becan robi naprawde duże wrażenie, z otwartymi buźkami podziwialiśmy bogactwo tego miasta. Dużo odrestaurowanych struktur, piękna rzeźba w kamieniu, jakiej próżno szukać w najbardziej turystycznych ruinach Chichen Itza. No I ruiny masz tylko dla siebie, a nie musisz się przeciskać między zapierdzianymi autokarami. Gorąco polecam.
W Becan para zwiedzających, czterdziestokilkuletnich Amerykanów, po krótkiej rozmowie wstępnej o naszych podróżach na rowerze, zapropnowała nam fajkę z jakąś magiczną zawartością, która wprawiała ich w bardzo dobry nastrój ;). Chodzili sobie po ruinach i jednoczyli się w ten sposób z energią krążących tam Dusz. Ciekawe to, gdyż za to w Meksyku można pójść do więzienia. No, chyba, że dasz policjantowi łapówkę. A jak nie dasz policjantowi, to będziesz musiał dać więcej łapówki prokuratorowi. No chyba, że z przekonania silnego wybierasz celę. Tak mi to wytłumaczył pewien chłopak, gdy zapytałem go ze zdziwieniem, że tylu ludzi naokoło popala mimo wysokich kar :) (jak mieszkałem z cyrkową rodziną, to przyszedł do nas lokalny kolo z pytaniem, czy nie potrzebujemy czegoś ;) ). Grzecznie odmówiliśmy, radując się jednak ze wspomnianej wyluzowanej parki, którą zafascynowaliśmy na kilka minut grupką znakomicie zorganizowanych mrówek, które porobiły na przestrzeni całego kompleksu własne ścieżki :) Kiedyś mieszkali w tym mieście Majowie, a teraz mieszkają mrówki – skwitował Flavien :)
W Becan jeden dzień drogi dzielił nas od Calakmul, przespaliśmy się na żwirowni nieopodal drogi, którra mimo że główna (Chetumal-Vilhelmarosa), rowerowo całkiem przyjemna – można się dobrze rozpędzić w okolice pięćdziesiątki, jak z górki :) Około godziny piętnastej następnego dnia dotarliśmy do dwudziestego kilometra sześćdziesięciodwukilometrowej drogi, prowadzącej do ruin. Chcieliśmy pierwotnie przespać się w pobliżu ruin, lecz nasz zamiar udaremniło dwóch służbistów, którzy odpychali za wszystkich obecnych czterech. Na dwudziestym kilometrze znajduje się szlaban, przy którym codziennie siedzi sobie czterech panów i pilnuje jednego zeszytu, do którego ludki mają się wpisywać. I tak codziennie – zaznaczam. Posadka państwowa, siedzą i pierdzą w stołki. W sumie taka robota może być i interesująca, można poczytać, pouczyć się anglika – okazji do rozmowy mnóstwo, relaksować się, podziwiać bogactwo fauny i flory, gdyż w owym rezerwacie przyrody nie trudno o spotkanie egzotycznych dla nas zwierząt (no tak, dla nich to codzienność). A o zwierzakach więcej za chwilkę. Z niezmiennym poważnym wyrazem twarzy, która bardzo niezwyczajna do uśmiechu, panowie powiedzieli, że jest za późno, po godzinie 15 nie wpuszczamy. I tyle. Musieliśmy wypytywać, czy istnieje inna możliwość, np. nocleg w pobliżu itd. Panowie przecząco kiwali głową, aż konkretnie zapytaliśmy czy jest tu jakiś kemping, gdzie możemy rozbić namiot. W końcu pan powstał niechętnie i pokazał nam bardzo fajne miejsce, specjalnie przygotowany dla turystów kemping, z latryną, miejscami na namioty i ognisko. Za friko. Jak się później okazało mogliśmy też korzystać z wody i kuchni, ale o tym oczywiście komunikatywni, pracujący na codzień z turystami panowie nas nie poinformowali. Tacy ludzie winni pracować z prosiakami, skoro tak boli ich kontakt z ludźmi. Cóż rutyna może z człowieka czasem zrobić.
Sami trafiliśmy w końcu przypadkiem, nocą, do kuchni polowej i spotkaliśmy trójkę młodych, francuskojęzycznych Kanadyjczyków prowadzących badania nad wpływem wycianania lasów na małpy z rodziny wyjców. Oni też powiedzieli nam o dostępnej wodzie.
Wszędzie pełno francuskiego – podróżowałem z Francuzem Flavianem, jak spotykałem turystów w odległych miejscach, to ślepo mogłem powiedzieć, że Francuzi, albo własnie francuskojęzyczni Kanadyjczycy. W Kanadzie otóż istnieje sobie francuskojęzyczny stan Québec. W hostelu, w Valladolid spotkałem sympatycznego Samuela ze stolicy stanu Québec, miasta Québec ;) Anieglskiego nauczył się dopiero w podróży, gdyż jedynym językiem urzędowym tej prowincji jest właśnie francuski. Ciekawa sprawa swoją drogą :) A Samuel pracował sobie za free na jakiejś ekologicznej farmie, za miejsce w szopie I michę prawdziwego, nieindustrialnego pożywienia. No I oczywiście całą masę innych doświadczeń podczas bytowania tam, a nie gdzie indziej.

Wielu Kanadyjczyków spotakłem również nad jukatańską Zatoką Meksykańską – uciekają przed srogą zimą na pół roku mieszkając sobie w ciepłym Meksyku. Willa do wynajęcia za grosze – powiedzmy 600-700 dolarów miesięcznie za luksus na plaży. Swoją drogą ciekawy pomysł żeby ewakuować się zimą z Europy, chyba kiedyś o tym pomyślę :) (akcent na: “ucieczka przed zimą”, a nie “willa na plaży” ;) ).
Dobra, narazie dosyć o Kanadyjczykach ;) Wracamy do dwudziestego kilometra drogi. Rozbiliśmy obóz, ugotowaliśmy na kolację oczywiście makaron, łyknęliśmy zakupionej w Xpujil tequilli i jak po każdym rowerowym dniu, po kolacji poszliśmy grzecznie spać.
O poranku wyjątkowo bez rytualnej kawy ruszyliśmy ku ruinom Calakmul, by spędzić tam cały dzień, gdyż czytaliśmy o tym, że kompleks ruin jest olbrzymi i można błądzić tam nawet ze cztery doby, chcąc dokładnie wszystko obejrzeć. Na drodze spotkałem: dzikie indyki, dzikie świnie aka dziki, aka pecari, kolibry, tukany, papugi, różniste ptaki bez specjalnego imienia w moim języku…ale… uwaga…spotkałem też pumę. Przez dosłownie kilka sekund była na drodze, po czym zniknęła w gęstwinie lasu. W rezerwacie żyją również zagrożone wygninięciem jaguary, ale zdecydowanie ten kociak nie miał kropek, ani prążków, a więc puma :) Krokodyla jeszcze jednak nie spotkałem. Te się kryją. Acha, na drodze widziałem rozjechanego węża koralowego….także…kto lubi zwierzaki, zapraszamy na reklamy – do Calakmul.
Po dotarciu do ruin skonsumowaliśmy śniadanko i poranną kawkę, którą serwował codziennie Flavien – pyszna kawa z regionu Chiapas, ku któremu teraz podążam, filtrowana od fusów outdoorowym filtrem na kawę z wody filtrowanej outdoorowym filtrem na wodę :) Flavian trochę sobie podróżował rowerem po Kanadzie i Australii, bujał się po górach I pustyniach, także dużo się od niego nauczyłem. Np. faktu, że dobrze jest obciążyć przednie koło, gdyż to dodaje Ci stabilności, a wcale nie utrudnia kierowania, jak pierwotnie myślałem, stąd wcześniej pakowałem w przednie sakwy jedynie ubrania, a tak mogę odiążyć tył, zabierając na trudnych odcinkach bezludnych np. więcej wody, no I dodatkowo najpotrzebniejsze rzeczy mam w przednich, łatwodostępnych sakwach. Te tylnie przykrywa nieprzemakalny wór kajakowy z moją sypialnią – namiotem, śpiworem I karimatą. Kwestia pakowania sakw to temat, który ciągle przerabiam I udoskonalam wedle aktualnych potrzeb.
Ruiny. Przez większość dnia bujaliśmy się z Flavienem (no odmieniać to imię, czy nie odmieniać – oto jest pytanie :) ) podziwiając głęboko w dżungli skryte miasto. Przyjmuje się, że Calakmul było olbrzymim państwem-miastem Majów, liczącym pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Miasto jest duże, jednak spodziewałem się czegoś większego. Jednak po wizycie w Becan moje oczekiwania co do ruin znacznie się zwiększyły (nawet, jeśli staram się nie oczekiwać z zasady : ). Wysokie piramidy otwierające piękny widok na bezgraniczną dżunglę robią nie mniej jednak spore wrażenie. Po wdrapaniu się na piramidę możesz oprócz dżungli posłuchać…znowóż francuskiego :) No i szczególną atrakcją są małpy, ktore śmigają sobie po drzewach wystawiając czerwone tyłki, albo drą się komunikując tym samym, że to ich drzewa i wara. Można zobaczyć dwa gatunki małp – wspomniane howler monkeys aka wyjce i sprytne spider monkeys vel i dont know, how is the name in polish ;).
Wieczorem wróciliśmy na kemping. 40-km droga skradła nam dokładnie dwie godziny i osiemnaście minut o poranku I tyleż samo wieczorem wracając. Sakwy zostawiliśmy na kilometrze dwudziestym, zapyrte w namiocie ;)
Po kolejnej obfitej kolacji z tequillą na trawienie udaliśmy się na nocny spoczynek do swoich kwater – ja do namiotu, a Flavien do hamaka. To była ostatnia noc naszej wspólnej podróży, gdyż następnego dnia przyszedł dzień rozstania. Było mucho sympatico :) Przed ostatecznym rozstaniem zwiedziliśmy rano bardzo interesujące regionalne muzeum kulturalno-przyrodnicze. Znajduje się ono również na magicznym kilometrze dwudziestym (lokalni też mówią o drodze w ten sposób – na kilometrze siódmym jest kemping, na kilometrze dwudziestym tralala). A muzeum polecam, tym bardziej, że jest za free.

I tak Flavian podążył w kierunku Chetumal. docelowo do Cancun, skąd pod koniec lutego ma wrócić do Kanady. No a ja? Mimo wszystko szeroko uśmiechięty popedałowałem ku Palenque, by przywitać w końcu ponoć bogate kulturowo Chiapas.
Bardzo fajnie nam się razem podróżowało, dużo się od Flavien-a nauczyłem, gotowaliśmy wieczorami na zmianę, stąd np. ten jeden dzień wolnego od palnika – także podróżowanie we dwoje ma dużo swoich zalet :) Poza tym ja podpatrywałem coś z kuchni Flaviena, on skradał moje idee I tak z każdym dniem, kreowaliśmy coś, co moglibyśmy nazwać fuzją naszych kulinarnych światów. Ale oczywiście nie tylko aspekty praktyczne sprawiły, że podróżowałem własnie z Flavian-em. Jakoś tak naturalnie wyszło. Gdy zagadał do mnie w Valladolid, to tak, jak żaden inny nie zagaworzył ;). Po prostu jakbyśmy się już dawno znali. Szeroki uśmiech na twarzy, jakby nigdy nic, otwartość. Pamiętam, że wówczas w ogrodzie hostelowym przyjemniej zaświeciło słońce do porannej kawy. Spotykałem innych rowerzystów na drodze, ale to z Flavianem po prostu przypasowało – sympatyczny, inteligentny, pełen przygodowej energii, pozytywny człowiek. Kiedyś odwiedzę go na tej jego kanadyjskiej wyspie popływać kajakiem po oceanie, połapać łososie I porobić wszystkie te wspomniane przez niego rzeczy. O ile nie przeniesie się do Nowej Zelandii, o której mi opowiadał jako o jego miejscu na ziemii, gdzie czuje się bardzo sharmonizowany ze sobą. Po gaworowemu trzeba by rzec, że energia tamtego miejsca współgra z energią jego Duszy ;) Wieczorami, oprócz gotowania, dużo rozmawialiśmy, zżyliśmy się, śmieliśmy się do bólu brzucha, dyskutowaliśmy o miłości, przyjaźni, dzieliliśmy się historiami z naszego życia, radościami, rozczarowaniami, swoją wizją świata…swoimi nastrojami I zachwytami. Fajny czas, Stary! Muchas gracias, Flavien!

Tak czy inaczej fajnie kilka dni spędzić znowu sam na sam ze swoim rowerem i przemierzanym światem. Nie ujechałem za daleko, gdyż zatrzymałem się nad jeziorem Silvituc.. Piszę właśnie z pewnego rodzaju kafejki internetowej dla mieszkańców – świetlicą można by to nazwać (część wpisu powstała najpierw na świetlicy, ale wyłączyli prąd I nie mogłem opublikować posta. Teraz upiększam I rozwijam tekst w namiocie – lekki deszcz uderza o tropik, szeroko otwarte wejścia mają wpuścić świeże powietrze. Jest duszno. Tutaj, po 18, noc pełną gębą. I te charakterstyczne dźwięki lasu – tysiące grających Ci kołysankę owadów. Czasem kurka wodna zaskrzeczy, jaszczurka przebiegnie koło namiotu, albo koń, który pasie się w pobliżu parsknie sobie ostentacyjnie…Ciemność namiotu rozjaśnia blask matrycy laptopa…zdecydowanie kuszę świetliki – namiot z zewnątrz ze świecącym ekranem wygląda jak duży świetlik, stąd mówią do mnie światłem jak do swojego :) Dzisiaj nie wędkuję, dzień na lenia, czytanie I na co tylko przyjdzie ochota. A koń pełno narobił mi tu prezentów. Nieprzyjemnie zdejmowało się oponę podczas wymiany dętki…moja pierwsza guma podczas wyprawy. A sprawcą był kolec z drzewa. Zaatakował mi dętkę, Nikczemnik.

Połączenie internetowe w świetlicy jest bardzo wolne, bo satelitarne (pingi ponad 2500ms i rwie), ale jakoś daję rady :) Hasło do routera jest standardowe, także mogę zobaczyć, czy akurat mam połączenie ze światem, czy nie ;) Komputery używane, chyba z Europy, wstawione do świetlicy w ramach projektu stanu Campeche. Technicznie muszę przyznać, że częściowo nieźle to rozwiązali – na poziomie sieci komputery, by móc komunikować się w sieci muszą się przedstawić certyfikatem bezpieczeństwa.
No I tak spędzam sobie czas nad jeziorem, wypełniam czas mego życia treścią tego miejsca. Cieszę się codzienną kąpielą w jeziorze, dbając jednocześnie przykładnie w ten sposób o higienę. Czasem różnie jest z codzienną kąpielą…ale szczęśliwy człowiek ładnie pachnie, także nie ma powodów do obaw ;) Poza tym umyć się można w 2-3 litrach wody, przetestowałem :)
Wędkuję, codziennie łapię sobie coś na kolację, czy śniadanie. Wstaję jak zwykle o wschodzie słońca, okolice 6 rano mojej, a 13 w południe Waszej przestrzeni czasowej. Mocno śpiący jestem zazwyczaj po 23, w dzień nierowerowy. Gdy śmigam na rowerze – 21-22 Morfeusz ugina mi kolana.
Wczoraj spróbowałem nawet…zółwia, ach ten pierwszy raz :) Od lokalnego mieszkańca słyszałem, że tutaj jada się zółwie, a że się złapał na żywca, to się do niego dobrałem i upiekłem na ognisku….smak przedni :) Choć miałem trochę opory przy ucinaniu mu głowy. Zadziwiający był fakt, że zółw bez głowy zdawał się ze 2 godziny jeszcze poruszać kończynami…wybaczcie przyjaciele wegańscy i miłośnicy zwierząt, ale taka tutaj rzeczwistość. Pewnie za to powiesicie mnie za jądro na suchej gałęzi, ale co tam – jestem, jak większość Meksykanów, mięsożercą pełną gębą. Tym bardziej, że za pół kilo nieindustrialnego mięsa z byka zapłacisz tu 10 zł :) A poza tym po co mi trzy.
Piękne jezioro, wolno płynący czas, pyszne jedzenie, relaks nad wodą. Zaskakuję kulinarnie sam siebie, spontanicznie wpadam na różne kombinacje I pomysły: w następnych dniach na blogu 2 przepisy mojej kreacji – na rybę, mili Państwo. Zaprogramuję, że wpis na blogu z przepisami zrobi się pewnego dnia automatycznie, a więc lookajcie na bloga – nie znacie dnia, ani godziny :p (ja jeszcze też nie, bo w namiocie nie mam neta). A tak w ogóle to możecie sobie abonować kanał rss – w prawym górym rogu oprócz logo fejsbooka z niekoniecznie funkcjonującą stroną z wyprawy, istnieje taki czerwony znaczek. Jak na niego klikniecie, to będziecie np. W firefoksie widzieli, gdy poczynię jakiś nowy wpis. Technologia zwie się to kanałem RSS – poczytajcie. Jakoś RSS zdaje się niekoniecznie przekonywać przeciętnego zjadacza chleba. Rozwiązanie jednakże interesujące, czemu by nie spróbować czegoś nowego :)
A ja po tym ciągle nowym właśnie widocznie tego potrzebowałem, zatrzymać się, nieco się zrelaksować, pobyć sobie po prostu na pewnym niewielkim obszarze pikseli na mapie googla i tak jestem tutaj od 3-4 dni. Chyba, bo tak sobie powtarzam codziennie: “aaa…jest tak przyjemnie , to zostanę kolejny dzień”. Podróżując na rowerze tak czy siak łatwo pogubić się w czasie. Jakoś to jezioro mnie urzekło. Rozbiłem namiot w dziczy, nieopodal dzikiego brzegu jeziora z dużą ilością zwierzyny różnego rodzaju. Zwierzaki zaakceptowały mnie szybko. Już drugiego dnia kurki wodne dreptały sobie nieopodal po roślinnych wysepkach niedaleko brzegu. Poza tym jaszczurki na dwóch nogach się przede mną kryją. Śmiesznie patrzeć, jak sprytnie uciekają na drzewo, albo biegną po wodzie, gdy schodzę w dół do miejsca, gdzie jest moje miejsce na wędkowanie. To jedyne miejsce w promieniu mojego tutejszego horyzontu, gdzie można w miarę swobodnie wędkować, gdyż nie ma za dużo roślinności. 2 dni spędziłem kompletnie nad wodą, transportując z namiotu palnik, garnki, jedzenię, kawę i co tylko nad brzeg jeziora.
I tak kombinuję, pytam się ludzi, jakie to ryby tutaj żyją i na co biorą. Strzępki informacji pochodzących z różnych źródeł składam w jedną całość, czasem rozwijam własne metody., co szczególnie niesie ze sobą wiele przyjemności. Ileż rzeczy naprawiłem, wiele opracowałem własnych sposobów na rozwiązanie jakichś prostych kwestii. Na ten przykład z reklamówki zbudowałem na kierownicy miejsce na kubek z kawą, bym ew. mógl popijać sobie podczas jazdy :) Ot luksusowy problem :) A pewnie że można kupić specjalne super komfortowe mocowanie na kubek na kawę firmy KupSeGadżetaNiechajNieCiążyCiPieniądzówSkarpeta :) Myślę, że uczę się sztuki improwizacji od Meksykanów ;)
W Meksyku nie ma czegoś takiego, że nie wolno wędkować tak czy owak. W Polsce, czy Niemczech jest masa przepisów, które mówią Tobie wędkarzowi, co możesz robić wędkując, a czego nie możesz, że aż czasem trudno skupić się na wędkowaniu zastanawiając siię, czy akurat możesz, czy nie ;) (trochę wyolbrzymiam). Tak czy siak, tutaj ludki strzelają do ryb z kuszy, najczęściej wyciągają je siecią, a ja jako egzota w tejże przestrzeni mam swoją wędkę I kilka rybek sobie wyłapię z jeziora.
Podobnie rzecz ma się z polowaniem. Nie trzeba należeć do jakiegoś okręgu łowieckiego, być częścią jakiejś subkultury łowieckiej. Masz ochotę na jelenia, czy innego bażanta, to bierzesz spluwę I ruszasz w las. Mijam mnóstwo motocyklistów z flintami na plecach, za ich plecami siedzi kumpel szczerzący zęby, łapiąc nieco białka w locie, który to na rękach trzyma łowieckiego psa. Nikt jeszcze do mnie nie strzelał, chyba że pozdrowieniem :)
Tutaj taki trochę przytyk w stronę stereotypów o Meksyku, jaki to straszliwie niebezpieczny kraj. Ostatio spotkałem parę emerytowanych Anglików podróżujących super wypasionym jeepem z panelem słonecznym na dachu I całym systemem podróżniczym, który sobie wymyślił spotkany Anglik. Wystartowali autem w Ju Es Ej, po przeprawieniu się ówczesnym drogą promową z Jewropy. Gdy mówili o zamiarach podróżowania autem po Meksyku, niektórzy z zindoktrynowanych Amerykanów głęboko odradzali, patrząc się na Anglików jak na przybyszów z innej planety I wyszczekując: “Obetną Wam tam głowy” :)
Aż tutaj muszę pomyśleć o osobniku Bartku z mojej przestrzeni berlińskiej, który mówił: “Stary, jedź, ale tylko nie do Meksyku”. Liczby nie kłamią, statystycznie tyleityle ludzi ginie tam jednego dnia za sprawą przemocy. Narazie algorytm kolegi humanisty-fizyka od cząsteczek kwantowych omija mnie szerokim łukiem I niechaj tak pozostanie.
Nie wierzcie za bardzo stereotypom – to duże uproszczenia, zamykające bardzo na świat I ludzi. Pozwólcie sobie stworzyć unikalną wersję świata, ze wszelkimi utopiami, marzeniami, no i oczywiście też jakimiś demonami. Tym należy jednak zagladać w oczy I otwierać się, pokonywać własne słabości, by być pełniej. Żyć. Doświadczać. Empirycznie poznawać świat. Sava unifikacji, bienievidos dla naturalnej wielokolorowości, hallo różnice. Żyjmy I dzielmy się, wzbogacajmy nawzajem.
Powędkujmy znowóż. Najlepszą przynętą okazały się inne rybki, do których łapania zbudowałem sobie wędkę składającą się z patyka, kawałka żyłki, 1 ciężarka I haczyka. Wersja tegoż przyrządu jakiegoś dzieciaka z rodziny Majów wygląda nieco inaczej – zamias ciężarków, które tutaj pewnie byłyby już symbolem wyższego statusu, przywiązują do żyłki kamień z dziurką. Czasem zawiążą powygnianą szpilkę. Działa tak samo dobrze…
No I tak nałapię sobie małych zębiastych rybek, których nazwy nie znam. Z wyglądu podobne są jednak do naszych płoci. Te małe rybki lądują potem na opracowanym przeze mnie systemie przyponów z 3 krętlików z agrafkami, 3 haczyków i ciężarkiem na samym spodzie, umieszczonym na kawałku żyłki. I tak oto 3 małe rybki wędrują jako przynęta na haczyku I kuszą okoniopodobne drapieżniki tuż pod powierzchnią wody, w połowie głębokości I przy samym dnie. Czuję się niemalże dumny z tegoś rozwiązania – pierwszy raz stosuje coś takiego, choć pewnie już ktoś kiedyś ten system opisał :) Ale ja I tak odkryłem Amerykę, co tam, że nie po raz pierwszy – radość ta sama :) (aż mi się skojarzyło z polityką patentów a podejściem ludków z ruchu Wolnego Oprogramowania open source). Właśnie ryby z rodziny okoniowatych przychodzi mi konsumować – czy to smażone, czy w rybnym rosole, czy pieczone w ognisku, a może tym razem obok ogniska, pieczone w temperaturze pochodzącej z żaru wypalonego drewna.

A nocą czasem uczepi się sumik karłowaty, który znakomicie nadaje się właśnie na przepyszną zupę ze względu na dużą zawartość tłuszczu(dobra, jeden przepis będzie właśnie na rybny rosół ala Gawor ;) ). Sumy są wszędzie zauważam – łapałem je w morzu, w rzekach, w jeziorach. Silny gatunek :) A czym się różni sumik karłowaty od suma olbrzyma? Ten pierwszy ma wąsów 6, ten drugi 8. Ten pierwszy ma przeważnie kilkanaście centymetrów, ten drugi kilkaset :) (w wiadomościach telewizyjnych oprócz pedofili, morderców, wojen w imię pokoju i rozszczerzonych polityków, czasem mówią o rekordowym sumie właśnie).

No a czasem złapie się żółw, który syczy na Ciebie, gdy już go wyholujesz na brzeg. Duża odmiana w mojej wędkarsko-kulinarnej przestrzeni. Oprócz tego mój świat wzbogacają słodkowodne ślimaki ze skorupą wielkości piłki do tenisa. Te też są przez ludzi konsumowane i pozbwiane domu jeszcze na własnoręcznie zbudowanej łodzi. Stąd na brzegu tyle pustych muszli.
Dziś planowałem wyruszyć, ale deszcz i pierwszy raz złapana guma podczas wczorajszej wycieczi do miasta przekonały mnie, by zostać “ten jeden dzień dłużej” ;)
Przesyłam Wam zapachy pieczonej ryby z ogniska i bukiet smaków przepysznej zupy z sumika karłowatego :) A to wszystko przyprawione wszechogarniającym szumem nocnych stworzeń. Zamykam namiot I rozprawię się z przerażającą ilością komarów, które teraz dopiero zauważam. A co potem? Poczytam, spakuję sakwy na jutro. Ku Palenque, co raz wyżej i wyżej w pionie, co raz bardziej na południe na mapie. W góry stanu Chiapas. Następny wpis z miejsca kilkaset metrów wyżej. Hasta luego!

Yucatan przemierzony – ku Królestwu Węża (Calakmul)

Troszkę się nazbierało zaległości, ale wcale nie łatwo jest się oderwać od podróżowania, żeby przysiąść i coś napisać. Tym bardziej, że ostatnio nie zatrzymywałem się w hostelach, a spałem w namiocie, pustostanach, a raz nawet w starych ruinach Majów Sayil, które znajdują się w regionie PUUC, gdzie mieści się duże skupisko ruin.

Ale może najpierw naszkicuję moją trasę z Valladolid, gdyż stamtąd pisałem po raz ostatni. Z Valladolid wybrałem się do Izamal, małego miasteczka, które zwane jest “żółtym miastem” ze względu na kolor większości budynków. Bardzo klimaciarskie miasteczko z kolonialną architekturą – z przyjemnością spaceruje się wieczorem tymi klimaciarskimi, wąskimi uliczkami. W Izamal zatrzymałem się w hotelu…który początkowo miał być tani, ale jak się okazało, coś źle zrozumiałem i tym sposobem troszkę uszczupliłem swój budżet podróżniczy, ale za to spędziłem noc w bardzo przyjemnym ogrodzie, a o poranku cieszyłem się pysznym śniadaniem składającym się z 3 dań :)

Wracając jeszcze na sekundkę do Valladolid – w tamtejszym hostelu podczas śniadania zagadał do mnie Flavien, francuski rowerzysta, który na dwa miesiąca przyleciał z Kanady ze swym składakiem, by przemierzyć Yucatan. Jako, że bardzo dobrze się rozumiemy i mamy podobny styl podróżowania, przemierzamy Yucatan razem, od czasu do czasu rozstając się na kilka dni, by chłonąć Yucatan w pojedynkę.

A więc z Flavian-em pijemy rano kawę, a wieczorami gotujemy makaron, ryż, czy inną bogatą w węglowodany potrawę. Pochłaniamy duże ilości jedzenia, gdyż za dnia pedałujemy, przemierzając różne odległości – czasem jest to zaledwie 20-30 km, jeśli zwiedzamy ruiny, a czasem 90-100 i to w terenie górzystym. Pedałowanie w stylu góra-dół, dół-góra towarzyszy nam od momentu wkroczenia w rejony “Ruty PUUC”.

A więc z Valladolid podążyliśmy z Flavianem różnymi drogami. Ja postanowiłem zaufać swojej intuicji i niechęci do najbardziej turystycznych ruin Chichen Itza i nie zwiedzać ich, wyruszając małymi dróżkami do Izamal. Ponownie z Flavianem spotkaliśmy się w Dzilam Bravo, pierwszym miasteczku nad Zatoką Meksykańską, na drodze ku wybrzeżu z żółtego miasta Izamal. Nie wymieniliśmy telefonów, nie komunikowaliśmy się przez maila po prostu pewnego wieczora, gdy dotarłem do Dzilam Bravo i w porcie rozmawiałem z pewnym rybakiem, który to nałapał pełną skrzynię ryb, z której jedną mi podarował…nagle pojawił się Flavien. I tak podróżowaliśmy wzdłuż wybrzeża aż do okolic miejscowości Sisal. Raczyliśmy się smakiem mleka kokosowego, gdyż mnóstwo tam palm – rosnących sobie często zupełnie dziko. Ciekawą przygodą jest wspinanie się na 3-4 metrową palmę, w zębach maczeta, no i tak jedną niewprawioną w używaniu maczety ręką trzeba odciąć kiść ciężkich kokosów. Tak czy siak, dajemy radę, a mleko z młodych kokosów jest bardzo smaczne, wiórki kokosowe z orzechów nieco dojrzalszych niczym w smaku nie ustępują tym młodym, dodatkowo dostarczając nam dużych pokładów energii, potrzebnych nam, rowerowym ludkom.

Rano i wieczorem wędkowałem i łapałem dla nas pożywienie w postaci bardzo smacznych ryb, które smażyliśmy na naszych benzynowych palnikach. Jako przynęta służyła nam zakupiona w porcie u rybaków sardynka. Ryby o poranku biorą dobrze, poza tym w kombinacji z pięknymi kolorami morza o wschodzie słońca, smakują wyśmienicie.

Poruszaliśmy się dość wolno, robiąc niewiele kilometrów, koncentrując się na chłonięciu rzeczywistości. A ta była nader piękna – bardzo dużo terenów bagiennych, gdzie mogliśmy podziwiać flamingi, mieniące się różnymi barwami czerwieni – niektóre bardziej pomarańczowe, inne burdelowo różowe ;) Wypatrywaliśmy krokodyli, ale te kryły się przed nami skutecznie.

Ten odcinek Zatoki Meksykańskiej jest odwiedzany w sezonie głównie przez Meksykanów i w związku z tym, że teraz znajdujemy się czasowo poza sezonem turystycznym, miasteczka wyglądają na zupełnie wymarłe. Zresztą podobnie wygląda to nad naszym Bałtykiem – poza sezonem pusto, miasteczka zombie. Dzięki temu mogliśmy często sypiać w opuszczonych budynkach, pustostanach, których tutaj mnóstwo. Jest dach nad głową, haki na hamak dla Flavien-a, gdyż ten śpi w wypasionym nieprzemakalnym hamaku, a nie jak ja – w namiocie. Gdy jednak odkryjemy fajny pustostan nieco z dala od skupiska ludzi, namiot staje się zbędny, rozkładam karimatę na podłodze, instaluję moskitierę, przykrywam się śpiworem i tak oto wygląda moje posłanie w takich sytuacjach :)

W małych miasteczkach nad zatoką za niewielkie pieniądze można rozkoszować się owocami morza, czym ja szczególnie się raduję, jako, że wychowałem się na nizinach w centralnej Polsce, gdzie daleko do morza pełnego ślimaków, krewetek, kałamarnic, langost i innych stworzonek. Jedzenie jest po prostu boskie.

Jako cel, zanim wkroczymy do stolicy stanu Yucatan – Meridy – obraliśmy sobie miejscowość Celestun, która słynie z bogatej fauny i flory. Jednakże w malutkiej miejscowości Chuburna okazało się, że dotarliśmy na koniec świata i droga do miejscowości Sisal już nie istnieje. Jakieś dwadzieściakilka lat temu istniejąca droga do Sisal została pochłonięta przez morze podczas huraganu. I tak spaliśmy na końcu tej drogi, w rybackim porcie, w miejscowości Chuburna. U rybaka, w którego restauracji raczyłem się ślimakami z lokalnego portu, naostrzyliśmy również maczety, a ten zaproponował nam, że możemy spać w jego hangarze, w porcie rybackim. Bardzo nam się ta opcja spodobała i tak spędziliśmy popołudnie i noc w porcie, dokarmiając złapanymi tam rybami, lokalne psy. Wcześniej ów pan zabrał nas na przejażdżkę truckiem do portu, gdzie mogliśmy po raz pierwszy przekonać się, że ta droga widniejąca na mapie jest jedynie wirtualną drogą. Swoją drogą ciekawe, że twórcy mapy mają taki refleks w aktualizowaniu jej. Tak czy inaczej ciekawie było poczuć wiatr we włosach mknąc drogami wybrzeża na pace trucka, gdyż taka miejscówa mi się dostała :) Wreszcie mogłem poczuć się jak miliony Meksykanów pozdróżujących właśnie w ten sposób. Na mojej drodze w okolicach poranka i nadchodzącego wieczora co chwilę mijam trucki, których “paka” zapełniona jest rzeszą robotników. Czasem wygląda to bardzo komicznie, zadziwiające jak wiele ludzi można w ten sposób przewozić. I nikt nie krzyczy, że niebezpiecznie. Zresztą takie grupowe podróżowanie jednym pojazdem, to dość częsty obrazek z udziałem motocykli i rowerów. Prawdziwie zjawiskowy obrazek jawi Ci się przed oczami, gdy tata prowadzi motor, za nim siedzi starszy syn lat powiedzmy dziesięć, którego z tyłu asekuruje mama trzymająca niemowlaka zawiniętego w hustę i tak sobie we czworo jadą do domu, czy w odwiedziny do znajomych z sąsiedniej wsi :)

Jak to jest być obleganym przez kilkaset pszczół, również doświadczyłem w Chuburnie. W jednej z sakw butelka miodu nie wytrzymała ciśnienia i uwolniła znaczne ilości miodu w mojej sakwie. Poczuły to następnego ranka pasiaste panienki, no i zaczęło się oblężenie mojej sakwy. Starałem się dzielnie bronić mej fortecy, lecz polewanie wodą sakwy nie za bardzo przyniosło wymierne efekty. Gdyby nie cieciu, który pilnował, żeby przypadkiem nikt obcy w porcie ryb nie kradł, gdyby nie poratował mnie on RAID-em na wściekłe owady pewnie spędziłbym tak cały poranek uciekając bezksutecznie przed pszczołami. A tak udało się odeprzeć inwazję, umyłem sakwę i po sprawie.

Na śniadanie sumiki morskie złapane poprzedniej nocy, no i w drogę. Z Chuburny ruszyliśmy na północ i tego samego dnia jeszcze dotarliśmy do Meridy, zatrzymując się w jednym z hosteli. Podczas jednodniowego pobytu w Meridzie, kilkugodzinnej przechadzce klimaciarskimi uliczkami, zakupieniu prowiantu na dalszą drogę ruszyliśmy następnego dnia w dalsą drogę – tym razem jednak w dwóch nieco odmiennych kierunkach. Ja chciałem nacieszyć się jeszcze nurkowaniem w cenotes zanim opuszczę na dobrze strefę, gdzie one występują, a Flavien koniecznie chciał obejrzeć ruiny Majów Mayapan. Po wspólnym obiedzie i skonsumowaniu pysznego Queso Relleno, regionalnej potrawy yucatańskiej, machnęliśmy sobie ręką z Flavianem w jednej z ulic Meridy i tak przez kilka następnych dni podróżowałem samotnie w kierunku regionu PUUC. Wiedzieliśmy, że zapewne w rejonie PUUC na siebie trafimy, gdyż obydwoje chcieliśmy tam dotrzeć, tyle, że innymi drogami. Flavian nie był zainteresowany ruinami Uxumal, które są wpisane na listę dziedzictwa UNESCO. Ja natomiast dotarłem do Uxumal pewnego poranka, lecz obsługa nie była zbyt skora do kooperacji bez dodatkowej opłaty, bym mógł zostawić rower wraz z sakwami w bezpiecznym miejscu. Czasem panowie w bardzo znanych ośrodkach turystycznych są bardzo rozpieszczeni i za wszystko żądją dodatkowej opłaty. Bardzo mnie takie zachowania odpychają, z zasady, nie z oszczędności, a więc udałem się do pobliskiej miejscowości Santa Elena, by poszukać noclegu, gdzie mogę zostawić rower i wrócić, by rozkoszować się ruinami.

W Santa Elena znalazłem bardzo przyjemną chatkę do przenocowania w pięknym ogrodzie, pewnej starszej pary Francuzów(cabańas Sacbe – polecam), udałem się na obiad do lokalu El Centro znajdującego się, jak sama nazwa wskazuje, w centrum Santa Elena. Tam delektowałem się kolejnymi regionalnymi potrawami – Poc-Chuc i Pollo Pibil. W przypadku obu potraw, sosy nadające smak mięsu stanowią całą tajemnicę walorów smakowych tychże potraw. Po obiedzie udałem się na deser do lokalnej lodziarni, którą prowadzi starszy emerytowany pan, który opowiedział mi płynnym angielskim o karierze swoich córek, swym okresie pracy w USA i istocie pozostania aktywnym w momencie przejścia na emeryturę. Wspomniał, że uczy się pisać w języku Majów, którzy stanowią dużą część lokalnej społeczności. Sami Majowie w domu mówią we własnym języku, lecz pisać w tym języku mało kto potrafi, gdyż jest to bardzo trudne, o czym nie omieszkał mi również wspomniać wspomniany sympatyczny pan. Po stanowczo “za długiej” rozmowie w pośpiechu udałem się do Uxumal, na którego zwiedzanie nie zostało mi zbyt wiele czasu, gdyż niemalże wszystkie ruiny zamykane są dla zwiedzających na godzinę przed nadejściem zmroku. Tak, czy siak, udało mi się zobaczyć najważniejsze budowle, po czym wszyscy zostali wyproszeni, by powrócić na teren ruin po godzinie dziewiętnastej. Wieczorami w Uxumal piramidy są tłem dla show muzyczno-świetlnego opowiadającego o wierzeniach i historii Majów z tego też miasta. I tak np. w rejonie PUUC, jako, że południową część Yucatan-u często trawią okresy suszy, oddawano szczególną cześć bogowi deszczu Chac-owi, prosząc go o opady deszczu, który dla Majów był źródłem wody pitnej oraz był niezbędny w uprawie kukurydzy. W Uxumal i wszystkich ruinach tego regionu piramidy ozdobione są sylwetkami Chaca.

Samo show natomiast robiło duże wrażenie, szkoda tylko, że wypożyczane urządzenia z tłumaczeniami w kilku językach obcych okres swojej świetności mają już za sobą i jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia w porównaniu do oryginalnego brzmienia muzyki i komentujących głosów w języku hiszpańskim, dobiegających z dobrej jakości głośników. Tak, czy siak, świetlne show robi wrażenie, a i treść w nim zawarta przybliża nieco rzeczywistość, którą żyli tutaj Majowie.

Po skończonym przedstawieniu w ruinach rowerem wróciłem do Santa Elen i robiąc zakupy w jendym ze sklepików wszedłem w konwersację, znowóż po angielsku z pewnym chłopakiem, który to również pracował w USA. Dostał się tam nielegalnie, zdradzając mi nieco, jak to wszystko funkcjonuje. Otóż szukasz sobie takiego kojota, człowieka trudniącego się przerzucaniem Meksykanów za granicę, dobrze znającego, które drogi nielegalnego przekreczania granicy aktualnie są w miarę bezpieczne, nieoblegane przez policję, płacisz mu niemałą sumkę pieniędzy i tak w końcu, jak wszystko pójdzie według planu, jesteś sobie na terenie USA i możesz tam całkiem nieźle zarobić. Tak też bohater tej opowieści pracował w chińskiej restauracji…dopóki…pewnego dnia nie wypił sobie za dużo i obudził się w szpitalu ze złamanym kręgosłupem. Dało się zauważyć, że do dzisiaj ma problemy z płynnym poruszaniem się. Musiał wrócić do rodzinnego miasta i tam otworzył sklep spożywczy, jeden z dziesiątków w tej miejscowości, ale widocznie jakoś ludzie się z tego utrzymują, jakoś tam sobie żyją. Zanim się pożegnałem, zostałem przedstawiony jego papudze, którą złapał gdzieś w dżungli, mimo, że jest to surowo zabronione przez policję, o czym mnie z uśmiechem poinformował :) Pewnie, żebym sobie takiej jako dzwonka do roweru nie zaadoptował, czy coś w tym stylu :)

No i takich właśnie historii z życia napotkanych ludzi jest mnóstwo, codziennie kogoś spotykasz, codziennie poznajesz kogoś nowego. Bo jesteś obiektem budzącym zainteresowanie na tym rowerze objuczonym sakwami, bo w tej kulturze naturalnym jest, że jak masz ochotę otworzyć buźkę, to sobie ją otwierasz i zupełnie naturalnie, jakby nigdy nic, prowadzisz konwersację, nie potrzebując do jej rozpoczęcia jakiegoś specjalnego powodu.

Następnego dnia pożegnałem mieścinę Santa Elena, jak zwykle stanowczo za późno, bo skusiły mnie znowu egzotyczne smaki lodów, jak np. lody o smaku ryżu, czy kukurydzy. Skoro już kupiłem loda, to była to oczywiście znakomita okazja żeby kontynuować wczorajszą konwersację z producentem lodów :) W końcu późnym popołudniem udało mi się wyruszyć w dalszą drogę po regionie PUUC. Kolejne dni to zwiedzanie ruin Kabah, Sayil, Xlapak oraz wizyta w jaskiniach Lol-Tun. W Kabah ponownie spotkałem Flavian-a. Po wspólnym zwiedzaniu ruin i obiedzie w cieniu aury pobliskiego lasu znowóż każdy podążył w swoją stronę i umówiliśmy się, że spotkamy się za mniej więcej tydzień, by razem wybrać się do schowanych w dżungli ruin Calakmul. Sama nazwa Calakmul w tłumaczeniu brzmi groźnie: Królestwo Węża.

Flavien zdradził mi pewien sekret, któremu wyszeptał do ucha przewodnik pracujący w ruinach Sayil. Po drugiej stronie ulicy, w lesie, znajdują się nieogrodzone ruiny, umieszczone na dość wysokiej górze. Tam też spędziłem kolejną noc, śpiąc w jendym z dwóch zachowanych pomieszczeń pałacu Majów. Wejście do mojej sypialni przyozdobione było sylwetką dość strasznie wyglądającej postaci, a tuż nieopodal mojego posłania znalazłem bardzo dobrze zachowaną zrzuconą zapewne dopiero co skórę węża. Po zapadnięciu zmroku, wsród blasku gwiazd, z towarzyszącym Ci nieustającym w nocy dźwiękiem dżungli mogłeś się cofnąć tysiąc lat wstecz i poczuć się jak jeden z mieszkańców tego kamiennego miasta, spać w pomieszczeniu, które kryje w sobie treść wielu snów ówczesnych mieszkańców. Niesamowite doświadczenie z lekkim dreszczem emocji.

Tej nocy spałem bardzo głęboko i sen przyniósł mi dużo ukojenia. O świcie obudziłem się z bardzo pozytywną energią, wzmocnioną dodatkowo smakiem gorącej kawy i zapierającym dech w piersiach widokiem wschodu słońca, mając u swoich stóp dżunglę i oddalone o kilkanaście kilometrów ruiny, które dało się zauważyć dzięki temu, że ruiny w których spałem znajdowały się na górze. Dla wzmocnienia efektu HD ptaki wypełniały moją Duszę swoim śpiewem, papugi mieniły się kolorami wśród koron drzew, a widziany po raz pierwszy przeze mnie w Meksyku koliber tylko na chwilę pozwolił mi się cieszyć swoim istnieniem. Takiego full inclusive nie zapewni Ci żaden hotel :)

Ów dnia zwiedziłem resztę zaplanowanych ruin i dotarłem do kompleksu jaskiń Loltun, których zwiedzanie polecił mi jeden z meksykańskich znajomych poznanych podczas wyprawy. Rzeczywiście widok stalaktytów i stalagmitów, cała przestrzeń tych jaskiń robiły niesamowite wrażenie. Jednakże cena wstępu do jaskini, błyskwiczne tempo zwiedzania w rytmie biegu, pewne cwaniactwo lokalnych przewodników, bez których nie ma możliwości eksplorowania jaskiń, a którzy naprawdę nie błyszczą jakąś specjalistyczną wiedzą, do tego żądając na lewo kroci za swe wątpliwe usługi nieco przyćmiły całkowite wrażenie.

Kolejne dni to pedałowanie małymi drogami w kierunku Dsibalchen, miejscowości w której umówiłem się z Flavien-em. Noce spędzałem często w sadach pełnych pomarańczy, grejfrutów, mandarynek i krzaków cytrynowych. I tak moje śniadaniowe płatki na mleku wzbogacane były dużą ilością witamin, a pedałując zamiast uzupełniać płyny wodą, raczyłem się smakiem lemoniady na bazie cytryn z sadu. Na kolację wołowinę smakowałem ze smażoną dynią. Poruszałem się po drogach, gdzie może 5 samochodów mijało mnie przez cały dzień. Po obu stronach drogi las, przelatujące z jednej strony na drugą motyle. Czasem jakiś wąż wygrzewał się na gorącym asfalcie. Jeden odcinek drogi zapadł mi szczególnie w pamięć – droga przez las do miejscowości Iturbide. Gdy dotarłem do ostatniej miejscowości przed Iturbide, która zdawała się być końcem świata, było już późne popołudnie. Nie spodziewałem się tak słabej drogi przez las – błoto, kałuże pokrywające całą szerokość drogi na głębokość sięgającej osi moich 28-calowych felg. Po drodze spotkałem wojskowych, którzy uzbrojeni po zęby patrolowali okolice. Panowie byli jednak bardzo mili. To nie oni mieli być najwięszym problemem tego dnia, a właśnie sama droga. Po dużych wysiłkach, bardziej pchaniu niż jechaniu, zastał mnie zmrok i postanowiłem rozbić namiot w pierwszym lepszym ku temu miejscu. I to była bardzo dobra decyzja, bo jak się okazało następnego ranka, czekało mnie jeszcze kilka dobrych kilometrów trudnej drogi, która w nocy jest na rowerze nie do pokonania bez większego uszczerbka na zdrowiu. Sama noc w głębi lasu była bardzo przyjemna. Spotkałem tam bardzo ciekawego nietoperza, który wykonywał dwa salta w tył, gdy się do niego zbliżałem. Był duży, jego oczy świeciły się na czerwono w świetle mojej czołówki, przypominał mi nieco logo batmana :) Najciekawsze było to, że ciągle się na mnie patrzył i wykonywał te salta w tył. Ten obrazek towarzyszył mi na długo przed zaśnięciem. A o poranku kolejna kawa w towarzystwie rozśpiewanych, czy też rozskrzeczanych ptaków.

W końcu dotarłem do Iturbide i Dzibalchen, gdzie umówiłem się z Flavien, by ruszyć razem do Xpujil, z którego właśnie piszę. Flavien nie odpisywał na sms-y, nie reagował na wysyłane maile, a więc postanowiłem, że zatrzymam się w Dzibalchen na 2 noce i jak Flavien nie przybędzie, to ruszam sam do Xpujil, bardzo ciekawą drogą przez Rezerwat Przyrody Calakmul. Flavien jednak nie zawiódł i od wczoraj, po mniej więcej 100 km na rowerze w górzystym terenie i palącym słońcu, uzupełniamy zapasy i nabieramy sił przed drogą przez dżunglę w hoteliku w Xpujil.

Xpujil to ostatnia większa miejscowość, baza, przed wyruszeniem ku ruinom Królestwa Węża(Calakmul).

Dziś zwiedziliśmy bardzo ciekawe lokalne ruiny, i o poranku wyruszamy. Jest już nieco po północy, zmęczenie daje się we znaki, więc dreptam spać. Chciałem jednak nadrobić zaległości blogowe – wszelkie literówki musicie mi wybaczyć, któregoś wieczora może je wyeliminuje.

3majcie się ciepło i do przeczytania wkrótce. A zdjęć, jak nie było na blogu, tak nie ma :) Kiedyś nadejdzie ten sądny dzień…

Dzyńdzyńdzyńdzyńdzyń… – żegnają Was grające mi nocną kołysankę owady…..